Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Jego twarz wykrzywiła się, jakby był w bólu.
 Tak, jest.
Stuknięci ludzie pewnie robili takie rzeczy cały czas. Pytali ich wymyślonych
kosmicznych przyjaciół czy byli prawdziwi i oczywiście, oni odpowiadali że tak.
Położyła dłonie na policzkach, a potem przejechała nimi przez swoje skotłowane
włosy. Czy stuknięci ludzi również całowali się z ich halucynacjami? Bo to chyba był
jedyny sens tego wszystkiego.
Dawson położył dłoń na jej kolanie.
 Nie mogę nawet zacząć rozumieć to przez co przechodzisz. Naprawdę nie mogę,
ale obiecuję ci, że to jest prawdziwe i nie jesteś stuknięta. - Zcisnął jej nogę. - I
przepraszam, że sprawiłem że tak się czujesz i za to, że dowiedziałaś się w ten
sposób.
 Nie przepraszaj. - Jej głos brzmiał ochryple. - To tylko... wiele do ogarnięcia. To
znaczy, ja nigdy tak naprawdę nie myślałam o kosmitach. Jak, okej, może oni
istnieją gdzieś tam, ale...ta, nie wiem czy naprawdę wierzyłam. I ty nie możesz
być kosmitą.
Znów się zaśmiała i skrzywiła się. To brzmiało dużo jak szalenie.
 Właśnie widziałam cię...świecącego, ale to było coś więcej niż tylko świecenie.
Ty byłeś światłem, prawda? Ludzką formą światła... ramiona i nogi zrobione ze
światła.
Dawson skinął.
 Jesteśmy Luxen. W naszych prawdziwych formach jesteśmy niczym więcej jak
światłem, ale... to nie tak jak myślisz. Możesz nas dotknąć...my mamy formę i
kształt.
 Formę i kształt. - wymamrotała.
 Tak. - obniżył swoje rzęsy i w tym momencie, wydawał się strasznie młody i
wrażliwy. - Pochodzimy z planety zwanej Lux. Cóż, tak przynajmniej było
kiedyś. Ona już nie istnieje. Zniszczona. Ale to ani tu ani tam. Byliśmy tu
sporadycznie przez setki, jeśli nie tysiące lat.
Jej żołądek wykonał skręcony ruch.
 Jesteś... tak stary?
 Nie. Nie! - Dawson zaśmiał się, podnosząc oczy. - Mam szesnaście lat. My 
moja rodzina  przybyliśmy tu kiedy byliśmy dziećmi, bardzo młodzi i
starzejemy się tak samo jak wy.
 Na statku kosmicznym? - Prawie znów się zaśmiała, ale zmusiła się by to
opanować. Statek kosmiczny...pieprzony statek kosmiczny. Dobry Boże, to było
słowo które myślała, że nigdy nie wypowie. To było...wow.
Dawson przesunął się, kładąc ręce na swoich kolanach.
 Nie mamy statków kosmicznych. Podróżujemy w naszych prawdziwych formach.
Uh, podróżujemy jako światło. I w tej formie, nie oddychamy tak jak wy byście
to robili. Więc inna atmosfera, ta... - wzruszył ramieniem. - Kiedy się tu
dostaliśmy, my...wybraliśmy nasze ludzkie formy mieszając nasze DNA w
pewien sposób, ale możemy wyglądać jak ktokolwiek.
Bethany usiadła prościej. To właśnie przeszło od dziwnolandii do terytorium Strefy
Mroku.
 Możesz wyglądać jak ktokolwiek?
Przytaknął.
 My nie robimy tego często; tylko kiedy tego potrzebujemy.
Próbując owinąć mózg wokół tego wszystkiego, złapała włosy obiema rękoma.
 Okej, więc to jak teraz wyglądasz, jest nie prawdziwe?
 Nie, to  poklepał się po klacie  jest prawdziwe. Tak jak powiedziałem, nasze
DNA szybko przystosowuje się do naszego środowiska. I zawsze rodzimy się
trójkami...
 Andrew i jego rodzeństwo  oni też są Luxen? - Kiedy skinął, prawie jej ulżyło. -
Andrew stopił piłeczkę ping-pongową!
 Taa, widzisz, kontrolujemy rzeczy powiązane ze światłem, czyli ciepło, a czasami
ogień. - Nadal na nią nie patrzył, nie wprost. - Nie wiem dlaczego to zrobił.
Ogólna populacja nie może o nas wiedzieć. Także, to jest ważne byśmy nie
zrobili czegoś głupiego. A to było głupie. Do diabła, to co właśnie zrobiłem było
kolosalnie głupie.
Obserwowała go. Teraz, kiedy szok odpływał, jej umysł zaczynał składać rzeczy do
kupy. Przy najmniej teraz wiedziała, jak tak małe miasto mogło mieć szóstkę szalenie,
pięknych ludzi. Idzie się domyślić, że nie byli ludzmi. Wtedy to ją uderzyło  całe
wydarzenie na zmarzniętym parkingu.
 Co jeszcze potrafisz zrobić?
Jego rysy ściągnęły się.
 Naprawdę nie powinienem...
 Ale ja już wiem, prawda? - Ześlizgnęła się z łóżka, siadając naprzeciw niego tak,
że jej kolana przycisnęły się do jego. Podskoczył jakby zaskoczony przez kontakt,
ale nie ruszył się. - Jakie szkody to może teraz wyrządzić?
Jego brwi wystrzeliły do góry.
 To może spowodować mnóstwo problemów.
Dreszcz przeszedł w górę jej kręgosłupa, powodując ciarki na ramionach.
 Jak na przykład?
Otworzył usta, ale potrząsnął głową.
 To nic. Uh, chcesz wiedzieć co jeszcze potrafimy zrobić? Możemy się szybko
poruszać. Tak właśnie złapałem cię na parkingu. Możemy również strzelać naszą
energią  naszym światłem. To całkiem mocne. Człowiek nie przeżyłby uderzenia
od nas.
Jej oczy otwarły się szeroko. To nie były dobre wieści, ale nie mogła wyobrazić sobie
Dawsona krzywdzącego kogokolwiek. Może dlatego się nie bała. Albo po prostu była
naiwna.
 Co jeszcze?
 To praktycznie pokrywa tą stronę rzeczy.
Wiedziała, że było tego więcej i chciała ciągnąć temat, ale było też więcej pytań.
 Jak dużo was tu jest?
 Dużo. - powiedział, patrząc na dłonie. - Większość z naszego rodzaju żyje w
koloniach. Rząd wie o nas  Departament Obrony. Obserwują nas.
Okej, teraz miała wizje Facetów w czerni. Odchylając się do tyłu, pozwoliła
wszystkiemu wchłonąć. Cały inny świat właśnie się przed nią otworzył. Jeden, o którym,
jak podejrzewała, nie wiele ludzi było świadomych, nawet jeśli rząd miał z tym coś
wspólnego. Tak szalenie jak to brzmiało, czuła się...w jakiś sposób uprzywilejowana.
 Wszystko w porządku? - zapytał.
 Tak, po prostu to ogarniam. - Zatrzymała się. - Dlaczego ziemia?
Uśmiech Dawsona był nikły.
 Nasz rodzaj przybywał tu odkąd ludzie chodzili po ziemi, albo nawet dłużej niż
to. W pewien sposób, jest ona dla nas znajoma. Tak myślę.
 A twoi rodzice...
 Moi rodzice nie żyją, - powiedział monotonnie. - Tak jak rodzice Thompsonów.
Jej klatka zacisnęła się.
 Oh, przykro mi. Nie wiedziałam. - Chciała sięgnąć, pocieszyć go, ale w tym
momencie, zachowywał się jakby się jej bał, co było dziwne, biorąc pod uwagę
wszystkie rzeczy. - Naprawdę mi przykro.
 Jest dobrze. - Jego pierś podniosła się nierównomiernie. - Umarli kiedy byliśmy
dziećmi.
 Jak...jak radzisz sobie bez rodziców? Czy ludzie niczego by nie podejrzewali?
 To wtedy zmiana kształtu jest pomocna. Jeden z nas udaje bycie naszym
rodzicem, - wyjaśnił. - A DOD utrzymuje dach nad naszymi głowami i inne
rzeczy.
Zafascynowana, zaczęła wypluwać z siebie więcej i więcej pytań. Godziny płynęły
kiedy praktycznie przesłuchiwała go, pomiędzy sprawdzaniem ich przez jej mamę. A co z
kolonią? Nie chciał o tym mówić, więc poszła dalej. Czy jakiś inny człowiek stąd wiedział? [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.