Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

osłoniwszy usta ręką, wyszeptał: - Chcemy to zrobić razem.
- Och - pokiwała ze zrozumieniem głową, po czym
odwróciła się w stronę Chase'a, z trudem zachowując poważny
wyraz twarzy. - Założę się, że pan Colfax będzie zachwycony,
bawiąc się z wami i z pewnością pozwoli się przysypać liśćmi.
Twarz Chase'a przybrała wyraz udawanego oburzenia, gdy
zaciskając pięści powiedział z rozbawieniem:
- Zaczekaj no, Trinity Ann Warrenton...
- Słucham, panie Colfax? - spytała niewinnie i
chwyciwszy go za rękę, pchnęła znienacka w najbliższą kupę
liści.
W godzinę pózniej Trinity była już zmęczona zabawą. Za
to Chase z łatwością przystosował się do poziomu dzieci,
baraszkując z nimi wesoło. W pewnej chwili, otrzepawszy się
z liści, spytała:
- Gdzie podziały się dzieci?
- Pewnie poszły poszukać następnej ofiary - odparł
cierpiętniczym tonem.
- Wariat! - powiedziała, tuląc się do niego. Dlaczego, do
licha, nie mogą dojść ze sobą do porozumienia. Skąd bierze
się to dręczące napięcie pomiędzy nimi?
- Czemu właściwie przyszedłeś? Czyżbyś musiał uciekać
od swoich licznych kochanek?
- O to właśnie chodzi. - Chase poruszył się niecierpliwie.
- Ty nie chcesz przyjść, a Mangus nie jest zbyt zabawny.
Usiłuje co prawda podtrzymać mnie na duchu, ale niewiele to
pomaga. Dawał mi nawet do zrozumienia, że ostatnio jestem
zupełnie niemożliwy.
- Nie rozumiem tego.
- Cii, Trinity. Tak naprawdę, to przyszedłem powiedzieć
ci, że jutro wieczorem oczekują nas na przyjęciu.
- Znowu to samo - poskarżyła się łagodnie Trinity,
spoglądając na zaplątane w ich włosach liście. - Ludzie z
Dallas są tak towarzyscy, że zupełnie nie mam pojęcia, kiedy
mają czas na robienie pieniędzy.
- Nie przepadam za tym bardziej niż ty - zapewnił ją
Chase. - Niemniej muszę uczestniczyć w niektórych
przyjęciach. Właśnie tam zawarłem kilka z moich
największych kontraktów.
Poczuła ciepło jego oddechu, gdy odwrócił się w jej
stronę.
- Powiedz jedno słowo, a zostaniemy jutro wieczorem
sami... w blasku płonącego na kominku ognia... - Językiem
zaczął łaskotać ją wewnątrz ucha.
- Jedziemy! - zdecydowała Trinity i zerwawszy się na
nogi, pobiegła szukać dzieci. Rozejm, który trwał pomiędzy
nimi od kilku tygodni, nie mógł przeciągać się w
nieskończoność. Wcześniej czy pózniej sytuacja stanie się nie
do zniesienia i trzeba będzie na coś się zdecydować. Chase
wiedział o tym równie dobrze jak i ona.
Następnego wieczora Trinity włożyła na siebie kreację
zrobioną z mieniącego się żółto i zielono jedwabnego szyfonu,
który skroiła tak, że utworzył coś na kształt tahitańskiej lava -
lava. Materiał otrzymała w prezencie od Larry'ego i Sissy i był
on naprawdę prześliczny. Zwiewność i przejrzystość szyfonu
spowodowała, że trudno byłoby coś włożyć pod spód, tak
więc Trinity zdecydowała się na dół od kostiumu bikini i
całość uzupełniła złotymi szpilkach, Nie starała się
przelicytować swoimi strojami kobiet, które bywały na tych
przyjęciach, nie leżało to bowiem w jej naturze. Jednak jej
proste, domowym sposobem przygotowywane kreacje zawsze
budziły uznanie i zbierały wiele pochlebnych opinii. Tym
razem było podobnie.
Gdy weszła do olbrzymiego pokoju, jej strój powiewał na
niej zalotnie, podkreślając łagodną linię pełnych, kształtnych
piersi i złocistą opaleniznę wynurzających się z fałd materiału
nóg. W ciągu ostatnich tygodni zdążyła już poznać wiele
znajomych i przyjaciół Chase'a. Ponieważ większość z nich
stanowili mili, inteligentni ludzie, którzy w dodatku posiadali
mnóstwo pieniędzy, Trinity bez trudu znajdowała jakiś
interesujący temat do konwersacji, zazwyczaj zresztą w
towarzystwie samego Chase'a. Tym razem jednak Chase
utknął przy barze, biorąc go całkowicie w swoje władanie,
nalewał drinki, prowadził zdawkowe rozmowy z otaczającymi
go ludzmi i niemal nie zwracał uwagi na Trinity. Przeczyły
temu jedynie jego oczy, niebieskie, przenikliwe oczy, śledzące
każdy jej ruch i gest.
Trinity zaszyła się w kącie pokoju, pogrążając się w
rozmowie z sympatycznym starszym małżeństwem.
Opowiadali jej o swych wnukach i z zainteresowaniem
słuchali opowieści o gobelinie, nad ukończeniem którego
właśnie pracowała. Kiedy z przejęciem kreśliła w powietrzu
figury, które miały ozdabiać jej dzieło, Chase pochwycił nagle
jej ramię w żelaznym uścisku.
- Clovis, Hector, wybaczcie nam, ale musimy już iść.
Szybkość, z jaką doprowadził ją korytarzem do prywatnej
windy, która zwiozła ich do garażu, była wręcz oszałamiająca.
- Chase! Co ty, u licha, wyprawiasz? Wyglądało na to, że
Clovis i Hector mieli ochotę na zamówienie u mnie jakiegoś
kilimu!
- Do cholery, Trinity! Ten człowiek jest prezesem
jednego z największych banków w Teksasie. Przecież nie
musisz zarabiać na życie robieniem swoich tkanin!
- Nie mam zielonego pojęcia, o co ci chodzi, Chase.
Mówiłam ci przecież, że potrzebuję sobie dorobić.
- Porozmawiamy o tym w domu.
To apodyktyczne stwierdzenie uciszyło Trinity podczas
krótkiej drogi do  domu", którym okazał się podniebny
apartament Chase'a. Gdy już tam się znalezli, Trinity usiadła
na najbliższej kanapie, kręcąc przecząco głową, gdy Chase
zaproponował jej, by się czegoś napiła. Sam wypił dużą
szkocką i odstawił szklaneczkę. Odwróciwszy się, podszedł do
niej i zatrzymał się o dwa kroki. Włożył ręce do kieszeni i
przypatrywał się jej w zamyśleniu przez co najmniej minutę.
Wreszcie odezwał się niskim, opanowanym głosem.
- Nic, co zrobiłem przez te tygodnie, nie wywarło na tobie
najmniejszego wrażenia, prawda? Trinity nie odpowiedziała.
Było to pytanie retoryczne. Czekała, nie spuszczając z niego
swoich zielonych oczu.
- Wzgardziłaś moimi prezentami. Do diabła z tym!
Odesłałaś nawet połowę podarowanych ci kwiatów.
Chase zaczął się przechadzać przed nią tam i z powrotem.
Jego gorzkie słowa przeszywały powietrze, niemal dosłownie
raniąc jej serce.
- %7łyjesz samotnie na farmie, bez żądnej pomocy, ledwo
wiążąc koniec z końcem, a jednak nie przyjmujesz niczego, co
ci ofiarowuję. Zabierałem cię do najdroższych restauracji.
wprowadziłem w najlepsze towarzystwo, pokazałem [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.