[ Pobierz całość w formacie PDF ]
- Bylibyście dobraną parą - zauważył.
Jack też o tym myślał, ale nie chciał zepsuć przyjazni, jaka się między nimi
nawiązała. A teraz spodobała mu się niedawno poznana dziewczyna.
- Nie wydaje mi się - z uśmiechem odpowiedziała Maggie.
Uważała ich obu jedynie za dobrych przyjaciół. Poza tym idylla we troje
dobiegała końca, o czym wszyscy wiedzieli, smucąc się z tego powodu. Quinn
wyjedzie do Europy, a Jack zajmie się młodymi kobietami, jak nie tą, to inną.
Jedyne plany, jakie mogła snuć Maggie, to powrót we wrześniu do szkoły. Coraz
częściej o tym wspominała. Samotność już jej nie męczyła; stała się, podobnie jak u
Quinna, bezpiecznym i wygodnym schronieniem. Brakowało jej tylko
systematycznej pracy.
Następnego piątku Quinn zrobił im niespodziankę. Wciąż było ciepło, choć
nie upalnie, a dni coraz dłuższe i słoneczne, zapowiadające rychłe nadejście lata.
- Co macie zamiar robić? - spytał z miną niewiniątka, choć wiedział to lepiej
od nich. Pomysł nasunęły mu regaty, które oglądał w środę w jachtklubie.
- Pracować dla ciebie - odpowiedział Jack.
Wybierał się na randkę w sobotę, bo piątki miał zajęte. Swojej dziewczynie
powiedział, że grywa wtedy w pokera, co pozwoliło mu uniknąć niewygodnych
wyjaśnień na temat kolacji z Quinnem, Maggie i lekcji czytania. Nic o tym nie
wiedziała i na razie nie musiała wiedzieć. To Maggie poradziła mu, by nie mówił za
S
R
wiele. Nauka czytania była jego prywatną sprawą i choć mógł być z siebie dumny,
nie musiał tego rozgłaszać całemu światu.
- Ja chyba popracuję w ogródku - odrzekła Maggie.
Jak zwykle siedzieli w kuchni Quinna, bo był najlepszym kucharzem. Maggie
żyła sałatkami i owocami i prawie dla siebie nie gotowała. Zwierzyła się kiedyś, że
od czasu śmierci syna nawet nie podeszła do kuchenki i nie zamierza tego zmieniać,
żeby nie wywoływać duchów. Taki układ odpowiadał całej trójce.
- Mam lepszy pomysł - oznajmił Quinn. - Chcę was tu widzieć w sportowym
ubraniu jutro o dziewiątej rano.
Maggie się roześmiała. Była śliczna, kiedy się śmiała, choć Quinn zdawał się
tego nie dostrzegać. Traktował ją jak młodszą siostrę, a ona Jacka jak młodszego
brata. Stworzyli coś w rodzaju rodziny, bo każde z nich takiego związku
potrzebowało.
- Gdybym nie znała pana tak dobrze, jak znam, panie Thompson,
pomyślałabym, że zaprasza nas pan na żagle - zgadywała.
- Moja łódz jest w Holandii, jak może wiesz. To daleka droga. Chwilowo
włóżcie trampki i nie zadawajcie zbędnych pytań.
- Jesteś pewien, że nie chcesz, bym skończył tę balustradę na piętrze? - spytał
Jack, nagle zafrasowany.
- Robota nie zając, nie ucieknie - zapewnił go Quinn, bardzo z siebie
zadowolony.
- Mam nadzieję, że nie każesz nam się wspinać. Jestem na to za leniwa i
wyszłam z formy. A buty wyrzuciłam przy jesiennych porządkach i przysięgłam, że
nigdy więcej tego nie zrobię.
- Miej do mnie trochę zaufania - poprosił Quinn.
Znów go ograła w kości i wracała tryumfalnie z trzema dolarami w garści, by
do trzeciej w nocy odpowiadać na telefony sfrustrowanych nastolatków.
S
R
Następnego dnia Maggie stawiła się punktualnie o dziewiątej w dżinsach,
starym swetrze i w kurtce. Ranek był chłodny i wietrzny, choć słońce mocno
świeciło.
Nad zatoką nie było nawet pasemka mgły. Jack i Quinn pili kawę.
- Muszę wiedzieć, gdzie jedziemy i po co mi trampki - powiedziała, wskazując
czerwone sportowe obuwie harmonizujące kolorem ze swetrem.
- Nie bądz za wścibska, moja droga. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
- Quinn droczył się z nią, co wynikało z niemal rodzinnej zażyłości między nimi.
- Czuję się jak ofiara porwania. - Dołączyła do obu mężczyzn, nalewając sobie
kawy do kubka.
Piątkowe kolacje przyzwyczaiły ją do swobodnego zachowania. Nie
troszczyła się o makijaż ani o eleganckie stroje. Ciemne włosy lśniły w słońcu,
upięte w warkocz. Quinn wolał, kiedy nosiła je rozpuszczone, ale nigdy tego głośno
nie powiedział. Teraz, kiedy tak na nią patrzył, zadawał sobie pytanie, jak
wyglądałaby w makijażu. Nigdy jej nie widział w wersji wyjściowej. Nie starała się
wypróbowywać na żadnym z nich swoich damskich wdzięków.
Po kawie wsiedli do dużego samochodu Quinna i Maggie zauważyła, że
pierwszy raz wybierają się gdzieś razem. Zazwyczaj gromadzili się u Quinna w
kuchni. Tajemnicza wycieczka bardzo jej się spodobała. Quinn był w znakomitym
nastroju i wydawał się rozbawiony jak chłopiec, gdy skręcili w Vallejo, a potem w
lewo, do Divisadero. Jechali w stronę wody, z Marina Boulevard skręcili w lewo,
wzdłuż brzegu. Maggie zastanawiała się, czy przejadą przez most Golden Gate w
kierunku Susalito. Ale nie, skręcili ku terenom St. Francis Yacht Club. Była
ciekawa, czy zjedzą lunch w klubie, czy na pokładzie łodzi, oglądając regaty, co
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ebook @ pobieranie @ pdf @ do ÂściÂągnięcia @ download
Wątki
- Home
- BOGUSLAWSKI_WOJCIECH_cud_mniemany_czyli
- Preston Fayrene Srebrny cud
- Defoe Daniel Kapitän Singleton
- Citizen's Homeland Defense Gu
- Cox Maggie HiszpaśÂskie zarćÂczyny
- Cartland Barbara Ramy snów
- Alan Dean Foster Commonwealth 04 Voyage To The City of the Dead
- Charlene Sands Na wyspie szczćÂśÂcia
- Midnight Matings 09 Joyee Flynn Spells and Bananas
- Collins Jackie Dziwka
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- atheist.opx.pl
Cytat
Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
Dies diem doces - dzień uczy dzień.