Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

cie. WydawaÅ‚o mu siê, ¿e znajomoSæ wszystkich tajników tych
spraw mo¿e poderwaæ zaufanie do kierownictwa.
 Strze¿onego Pan Bóg strze¿e  mówiÅ‚, czuj¹c z przera¿e-
niem, ¿e plecie bez sensu i naprawdê nieprzekonuj¹co.  Nie ryzy-
kuj niepotrzebnie...
 OczywiScie, jeSli bêdzie ciê¿ko, jeSli stanie siê niebezpiecznie?
Taki był właSnie Tolek Jermakow! Z mlekiem matki wyssał po-
gardê dla wszelkich waruneczków i niedomówieñ. WstydziÅ‚ siê te-
raz za Krajuchina i byÅ‚o mu ¿al staruszka. ByÅ‚ zaniepokojony. Przy-
bli¿yÅ‚ siê na ekranie i przygl¹daÅ‚ siê Krajuchinowi. Ten natychmiast
siê cofn¹Å‚. Przez kilka sekund panowaÅ‚o napiête milczenie.
 A zatem proszê sÅ‚uchaæ, towarzyszu Jermakow  Krajuchin
staraÅ‚ siê ze wszystkich siÅ‚ panowaæ nad podcinaj¹c¹ nogi sÅ‚abo-
Sci¹  sÅ‚uchaæ uwa¿nie. Nie mam zamiaru prowadziæ jêzykowej
szermierki, przynajmniej teraz... Rozumiesz?
 Tak jest!  cicho odpowiedziaÅ‚ Jermakow.  Nie bêdê nie-
potrzebnie ryzykowaæ. Zgadzam siê, ¿e najwa¿niejszym zadaniem
wyprawy jest szczêSliwy powrót na Ziemiê statku i ludzi. Statek
potrafiê uchroniæ przed niebezpieczeñstwami, lecz czy potrafiê opa-
nowaæ swoich towarzyszy... oni przecie¿...
 JesteS dowódc¹!
 Tak, jestem dowódc¹, lecz ka¿dy z nich ma swój rozum, swo-
je mySli i swoje wÅ‚asne serce. Nie bêd¹ chcieli mnie zrozumieæ
i nie wiem, czy potrafiê w razie potrzeby zmusiæ ich do odwrotu.
Nie mam waszego autorytetu.
110
 Nie zrozumiałeS mnie, mój chłopcze...
 Mam wra¿enie, ¿e jednak zrozumiaÅ‚em, MikoÅ‚aju Zacharo-
wiczu. Na wasz rozkaz jestem gotów wykonaæ wszystko, nawet
jeSliby to uwłaczało mojemu honorowi. Czy jednak reszta byłaby
gotowa uczyniæ to samo, nie wiem.
Jermakow wwiercaÅ‚ siê swoim wnikliwym spojrzeniem prosto
w sam mózg Krajuchina. Rozumiał... wszystko rozumiał.
 Mogê siê tylko domySlaæ, co macie na mySli...
Krajuchin ciê¿ko opuSciÅ‚ gÅ‚owê na piersi i wyszeptaÅ‚:
 Dobrze wiêc, postêpuj zgodnie z tym, co wiesz. Widocznie
nie ma na was rady. CaÅ‚a moja nadzieja w twoim rozs¹dku. A teraz
wybacz... muszê ju¿ iSæ. Zdaje siê, ¿e trochê siê rozchorowaÅ‚em.
 PowinniScie wypocz¹æ.
 A powinienem. Sprawdzaj dokładnie działanie automatów
radiowych. Co pół godziny musimy otrzymywaæ od was sygnaÅ‚.
Co dwie godziny twoje osobiste sprawozdanie. Nie spóxniajcie siê
nawet o sekundê!
 Tak jest!
 No, to trzymaj siê!
Krajuchin wstał i chwiejnym krokiem ruszył do drzwi. Czuł,
jak koÅ‚ysze siê podÅ‚oga, jak staje dêba.  Muszê zd¹¿yæ...  bÅ‚y-
snêÅ‚o mu w mySlach, po czym zwaliÅ‚ siê w czarn¹ przepaSæ. Ock-
n¹Å‚ siê w ciepÅ‚ym łó¿ku u siebie w hotelu. Za oknem SwieciÅ‚o sÅ‚oñ-
ce. Na nocnym stoliku zobaczyÅ‚ plastikowe, ró¿nobarwne ampuÅ‚ki
i pudełeczka. Obok wpatrzeni w niego siedzieli doktor i Wiera,
ubrani w białe fartuchy.
 Która godzina?  zapytaÅ‚, z trudem poruszaj¹c nieposÅ‚usz-
nym jêzykiem.
 Dwunasta piêæ  natychmiast odpowiedziaÅ‚a Wiera.
 A jaki dzieñ?
 Dwudziesty sierpnia...
 To ju¿ trzeci dzieñ.
Wiera przytaknêÅ‚a. Krajuchin zaniepokoiÅ‚ siê, próbowaÅ‚ siê
unieSæ.
 Jak  Hius ?
 W porz¹dku.  Doktor delikatnie poÅ‚o¿yÅ‚ mu rêkê na ramie-
niu.  Proszê le¿eæ spokojnie.
 Przed chwil¹ byÅ‚ telefon z radiostacji  mówiÅ‚a Wiera. 
Wszystko w porz¹dku.
 To dobrze  mrukn¹Å‚ Krajuchin.  To bardzo dobrze...
111
Doktor dotkn¹Å‚ ramienia chorego jednym z plastikowych zbior-
niczków. RozlegÅ‚o siê syczenie i lekarstwo zostaÅ‚o wprowadzone
pod skórê. Krajuchin zamkn¹Å‚ oczy. Po chwili powiedziaÅ‚ wyraxnie:
 Proszê przekazaæ Jermakowowi. Wszystko, co mówiÅ‚em, nie
liczy siê. To byÅ‚a panika... byÅ‚em chory...
 Bredzi...  szepnêÅ‚a Wiera.
Krajuchin chciaÅ‚ zaprotestowaæ, lecz usn¹Å‚.
ObudziÅ‚ siê w nocy i od razu poczuÅ‚ siê znacznie lepiej. Wiera
podała mu bulion i sucharki, do picia przyniosła wywar z indyj-
skich ziółek.
 WÅ‚¹czcie radiogramy  za¿¹daÅ‚ Krajuchin.
 Musicie jeszcze wypoczywaæ  zaprotestowaÅ‚a Wiera.
 PowiedziaÅ‚em: wÅ‚¹czcie radiogramy!
Wiera posÅ‚usznie wÅ‚¹czyÅ‚a magnetofon. SÅ‚uchaÅ‚, ale nie potra-
fiÅ‚ siê skoncentrowaæ. PatrzyÅ‚ w sufit i zastanawiaÅ‚ siê, czy  Hius
zacz¹Å‚ ju¿ wytracaæ szybkoSæ. Zasn¹Å‚ nie wiadomo kiedy.
Nastêpny dzieñ przeszedÅ‚ bez wa¿niejszych wydarzeñ. Stan
Krajuchina poprawiaÅ‚ siê z ka¿d¹ chwil¹. Doktor zezwoliÅ‚ na usta-
wienie obok łó¿ka wideofonu, a nastêpnie telewizora. Zaczêli przy-
chodziæ goScie. Do póxnej nocy napÅ‚ywaÅ‚y z  Hiusa sygnaÅ‚y i ra-
porty Jermakowa. Przychodzili do Krajuchina in¿ynierowie,
majstrowie, kierownicy sÅ‚u¿b. Po kolacji chory przejrzaÅ‚ gazety,
popatrzył na telestereoskopowy program z Moskwy, porozmawiał
z Wier¹ i Lachowem. PoczuÅ‚ siê zmêczony, jak zwykle ka¿dego
wieczoru, uspokoiÅ‚ siê wiêc i uÅ‚o¿yÅ‚ do snu.
Rano wpadła do pokoju Wiera. Była blada, nieuczesana. Zbyt
gÅ‚oSno, przynajmniej takie odniósÅ‚ wra¿enie, wykrzyknêÅ‚a:
  Hius nie podaje sygnałów! ZamilkÅ‚ noc¹... zamilkÅ‚... i nie
odzywa siê ju¿ od piêciu godzin.
UkryÅ‚a twarz w dÅ‚oniach i rozpÅ‚akaÅ‚a siê.
Atak
...Albo wszystko, co pisali powieSciopisarze i dziennikarze, to [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • WÄ…tki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiÄ…cego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiÄ…cego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.