Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

McKenną, możesz sobie wybrać, jaką chcesz pracę. I pewno niedługo
wyjedziesz na jakąś placówkę. A skoro rozmawiamy, to zaznacz w
kalendarzu, że po powrocie jesteś zaproszona przeze mnie na lunch. No i
teraz, po Nowym Jorku, jutro kolejny przystanek... Baltimore.
S
R
- Wiem. Odlot po przyjęciu wydanym dziś wieczorem przez burmistrza
Nowego Jorku w jego oficjalnej rezydencji...
- Tak, tak. Więc kontynuuj dobrą robotę i pilnuj naszego porucznika! Do
widzenia, Chessey, jesteś wspaniała!
- Dziękuję, panie Fairchild...
- Mów do mnie Winston, do widzenia, Chessey! I pamiętaj o lunchu,
kiedy wrócisz do Waszyngtonu.
- Będę pamiętała... Winstonie!
Winston odwiesił słuchawkę, w słuchawce zabuczało.
Chessey rozejrzała się po pokoju, który jeszcze przed godziną wydał się
jej najohydniejszą norą na świecie. Włączyła telewizor i przerzuciła na
CSpan, kanał oglądany przez maniaków interesujących się wyłącznie
polityką. Na kanale tym transmitowane są obrady kongresu, a także co
ważniejsze imprezy polityczne w kraju. Złośliwcy mówią, że ten kanał jest
tak potrzebny jak dziura w moście i że nic nikomu nie przychodzi ani z jego
oglÄ…dania, ani z uczestniczenia w jego programie w charakterze aktora.
Derek właśnie przemawiał:
 StojÄ™ przed wami, dumny Amerykanin..."
Mówił, mówił, a potem padło sakramentalne zdanie:  ...i kocham Nowy
Jork, kocham was wszystkich...!"
Z szeroko otwartymi ustami Chessey gapiła się na ekran. Derek miał na
sobie wyprasowany galowy mundur. Od czasu do czasu zerkał w kartki. Te,
które zostawiła na farmie. Zerkał jednak rzadko, patrząc tak jak trzeba na
widowniÄ™, ogarniajÄ…c swoim spojrzeniem setki par oczu utkwionych w
niego. Uśmiechał się tak, jak bohater powinien uśmiechać się do swoich
S
R
wiernych popleczników i przekonująco perorował na temat ustawy będącej
właśnie przedmiotem obrad kongresu. Był jednak na tyle ostrożny, by nie
opowiadać się ani za, ani przeciw.
Gdy skończył, rozległy się rzęsiste, owacyjne oklaski. %7łona gubernatora
ucałowała go, pozostawiając na policzku Dereka szkarłatny ślad szminki.
Arcybiskup Nowego Jorku długo klepał go po plecach, wielu panów w
smokingach cisnęło się, by podać mu rękę, a każdy z nich miał nadzieję, że
ten właśnie moment utrwalą kamery telewizyjne i przekażą milionom
podczas wieczornych dzienników.
Chessey wyłączyła odbiornik i pobiegła do szafy, z której wyciągnęła
granatową sukienkę i popielato-czarny kostium. Złożyła je i zapakowała do
podróżnej torby. Z szuflady wyjęła kilka par pończoch, zapasową bieliznę i
dorzuciła do torby. Ubrała się, uczesała, umalowała i niemal biegiem
opuściła mieszkanie.
Dokładnie w pół godziny po rozmowie z Winstonem Fairchildem stała na
rogu Mac Arthur i Arizona Avenue, usiłując złapać taksówkę. Udało się to
jej dość szybko.
Na lotnisku zastała długą kolejkę przed kasą biletową linii wahadłowej do
Nowego Jorku. Odważnie podeszła do lady i pokazała legitymację
departamentu stanu.
- Podróż służbowa - powiedziała. Hostessa bez słowa wydarła bilet z
bloczka i podała Chessey, która z kolei wręczyła swoją kartę kredytową. Po
kilku minutach siedziała już w samolocie.
S
R
ROZDZIAA SIÓDMY
- Ekscelencjo!
- Eminencjo!
- Ekscelencjo!
- Eminencjo!
Zaraz, zaraz, a ten w białej sutannie? Co mam mu powiedzieć?
Derek zamrugał nerwowo, patrząc na stojącego przed nim duchownego w
białym habicie. Co mu na ten temat mówiła Chessey? Czy w ogóle coś
mówiła? Kardynał i arcybiskup, to pamiętał i obu rozpoznawał, ale ten...?
Nic mu nie przychodziło do głowy, więc się szeroko uśmiechnął i
powiedział:
- Cześć, bardzo mi przyjemnie... - By osłodzić brak tytułu, dodał: - Jestem
zaszczycony.
- To ja jestem zaszczycony - odparł biało odziany zakonnik i mocno
uścisnął dłoń Dereka.
Do obu panów podeszła pani ambasador przy ONZ.
- Eminencjo! - skinęła grzecznie głową. - Poruczniku, bardzo mi miło. -
Podała Derekowi dłoń. - Jeśli się nie mylę, to jutro spotkamy się w
Baltimore?
- W Baltimore? Spotkamy się? Ach tak, mam być jutro w Baltimore.
Impreza UNESCO, tak, tak. Będę zaszczycony, pani ambasador...!
- Bardzo bym chciała, by podczas jutrzejszego wystąpienia znalazł pan
czas na podkreślenie znaczenia...
S
R
Pani ambasador długo jeszcze tłumaczyła Derekowi znaczenie
międzynarodowej współpracy w dziedzinie wałki z analfabetyzmem. Gdy
przerwała dla nabrania oddechu, Derek grzecznie się pożegnał i ruszył w
tłum, przyjmując gratulacje i uśmiech zgromadzonych znakomitości. Gdy
dotarł do tarasu, zobaczył Chessey wymachującą czymś przed nosem
ochroniarza. Najprawdopodobniej legitymacją. Przez ramię miała prze-
rzucony pasek pękatej torby.
Podszedł bliżej i stanął za plecami ochroniarza.
- Nie masz pewno zaproszenia, moja droga - powiedział z nieco
ironicznym uśmieszkiem. - Nie wejdziesz. Lepiej wracaj, skąd przybyłaś.
Chessey była wyraznie zaskoczona tak niemiłym powitaniem. Na chwilę
jakby zastygła, ale potem wznowiła natarcie na ochroniarza, do którego
dołączył teraz kolega.
- To jest legitymacja departamentu stanu. Jestem tu służbowo -
tłumaczyła.
- Służbowo czy nieoficjalnie, trzeba mieć zaproszenie, a ta legitymacja
upoważnia tylko do zniżki w kafeterii departamentu - powiedział przybyły
ochroniarz.
Derek z zainteresowaniem przyglądał się Chessey. Elegancka panna
Banks Bailey nie była dziś zbyt elegancka: kostium pomięty, fryzura nieco
potargana, szalik przekrzywiony, na czole kropelki potu. Zmęczenie czy
zdenerwowanie?
- To może być też fałszywa legitymacja - wyraził przypuszczenie
pierwszy strażnik.
- Fałszywa! Derek, powiedz tym panom...!
S
R
Derek się zlitował.
- Panowie, słyszeliście, co ta pani mówi? Jest z departamentu stanu. A
poza tym, to moja przyjaciółka. Wezcie jej torbę i gdzieś przetrzymajcie.
Chodz, Chessey...! - Ujął ją pod rękę i poprowadził jak najdalej od
strażników. - Przyjechałaś tu prosto z lotniska?
- Tak.
- No więc, czy nie powinnaś rozpocząć rozmowy ze mną od słów
.Dziękuję, Derek" albo, Jestem panu bardzo wdzięczna, panie poruczniku"?
Przeprowadził ją przez gęsty tłum do pustej alkowy. Zdążył zauważyć, że
Chessey wyraznie potrzebuje snu, wody, jedzenia i prysznica. Wydawała się
śmiertelnie znużona i miała podkrążone oczy.
- Raczej powiem, że bardzo pana przepraszam, poruczniku...
Przepraszam za wszystko, za moje zachowanie. Pan był...
- Zaraz, zaraz, po dwu pocałunkach, jednym co prawda wymuszonym,
ale drugim dobrowolnym, ludzie mówią sobie po imieniu. A ja mam na imię
Derek.
Jak on czarująco się uśmiecha, pomyślała.
- Bardzo ciÄ™ przepraszam, Derek. Za wszystko...
W alkowie było lustro. Spojrzała w nie.
- Boże, jak ja wyglądam! - Zaczęła poprawiać fryzurę. - I masz rację, że
powinnam ci też podziękować. Jestem niezmiernie wdzięczna, że zmieniłeś
swą pierwotną decyzję. To dla mnie bardzo wiele znaczy... Nie wyobrażasz
sobie, ile to dla mnie znaczy...
- Zmieniłem. I jednocześnie stawiam kilka warunków.
- Jakich?
S
R
- Warunek pierwszy: nasze wzajemne stosunki opierać się będą na...
- Wzajemnym poszanowaniu? - spytała niemal zalotnie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • WÄ…tki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiÄ…cego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiÄ…cego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.