Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

przed sądem? Pewnie z dziesięć lat temu, za czasów Gierka, to było nawet
do pomyślenia. Chyba wtedy ludzie mieli jakieś większe zaufanie do
milicji. Teraz, po tym całym stanie wojennym, mało kto chciał mieć sam z
siebie do czynienia z MO.
A tu proszę, taki jakiś typek se przychodzi i mówi, że chce zeznać coś
w sprawie, o której nie wiedział nikt poza funkcjonariuszami. Bo gazety
nie dawały informacji, że szukamy świadków, nawet ja nie wiedziałem o
całej sprawie, a ten tu wie. A niby skąd wie? Musiał pewnie mieć w tym
przestępstwie jakiś udział i teraz chce się przyznać, żeby mniejszą karę
zarobić. Tak być może albo nawet jest na pewno, upewnił się w myślach
chorąży Macek. Gdy doszedł do takiego wniosku, postanowił
błyskawicznie zadziałać. Chrząknął głośno, a potem zawołał, przybliżając
się do okienka:
- Panie - skinął na mężczyznę - chodz no pan tu. Znaczy się,
obywatelu, proszę podejdzcie tutaj - poprawił się zaraz chorąży,
przypominając sobie, że jest przecież funkcjonariuszem Milicji
Obywatelskiej na służbie.
Zawołany podszedł szybko do biura przepustek.
- A jak się nazywacie, bo muszę tu wpisać na karcie wejść.
- Karol Wójcik.
- Syn?
- Nie mam syna, córkę mam...
- Syn ojca się pytam.
- Jaki syn?
- Nie jaki, tylko kogo syn się pytam, to znaczy się, jak wasz ojciec
miał na nazwisko.
- Wójcik.
- Cholera, nie kręćcie mi tu, przecież jak wy Wójcik, to także samo,
ale o jego imię mnie się rozchodzi.
- Mieczysław.
- Aha. - Chorąży zapisał. - No to wejdzcie tu do poczekalni w środku -
powiedział milicjant, pokazując ruchem głowy drzwi prowadzące do
wnętrza komendy. Wcisnął jednocześnie guzik zwalniający elektromagnes
blokujący wejście. Szklane drzwi w aluminiowych ramach puściły i
Wójcik wszedł do środka.
- Tam idzcie se siedzieć na ławce i czekajcie, aż ktoś po was przyjdzie
- poinstruował jeszcze wchodzącego, a gdy drzwi się już za nim zamknęły,
chwycił za telefon:
- Dyżurny mówi, daj mi tu zaraz chłopaka, żeby mi przypilnował
jednego klienta, co tu przyszedł i czeka na przesłuchanie. Niech se siednie
przy nim i pilnuje, żeby czasami mu się nie odechciało zeznawać.
Zadowolony z siebie chorąży odłożył słuchawkę. Poczekał jeszcze
chwilę, obserwując przez szybę Wójcika, który pojawił się na korytarzu, i
dopiero gdy zobaczył, że siada koło niego szeregowiec z ZOMO, jeszcze
raz sięgnął po telefon:
- Mówi dyżurny Macek, chorąży. Czy z majorem Marcinkowskim
mogę mówić? Obywatelu majorze, melduję, że na dole mam tu faceta,
niejaki Wójcik Karol, syn Mieczysława, co sam się zgłosił, że niby jechał
pociągiem z Berlina, co to w nim zabito kolejarza, i on niby chce coś w tej
kwestii przedłożyć, bo mówi, że ma coś do powiedzenia, ino że nie chce tu
gadać, o co się rozchodzi. Tak jest, obywatelu majorze, zaraz go każę
przesłać na górę.
Tylko że może by mu tak założyć kajdanki, żeby trochę wymiękł, co?
Tajes, rozumiem, żadnych kajdanków.
Zdumiony sierżant odłożył słuchawkę i kiwnął na służbowego, by ten
zaprowadził interesanta na górę. Nie zdążył jeszcze przestać się dziwić,
gdy świat zaskoczył go po raz drugi: następny człowiek nachylił się przy
okienku i powiedział mu, że jechał w Dzień Kobiet Beroliną. Do godziny
czternastej, to jest do chwili, gdy kończył dyżur, zdążył zdziwić się jeszcze
dwanaście razy.
Godzina 10.45
Rajmund Dutka, znany na Wildzie jako Rajmund Lebera, nie śmiał się
nawet poruszyć. Chudy rudzielec przywalił mu w podbródek tak mocno,
że w głowie Lebery zawirowały wszystkie gwiazdy, jakie dotąd w życiu
zobaczył, a może i nawet znacznie więcej ich było. Choć sam nie był
ułomkiem i potrafił przyłożyć jak się patrzy, wolał teraz nie ryzykować.
Na początku zlekceważył rudzielca i to go właśnie drogo kosztowało.
Myślał, że wystarczy tylko powalić większego z gości, czyli Grubego
Rycha. Bo gdy sytuacja stała się trudna i wyczerpał już wszystkie
argumenty, postanowił zacząć działać.
Siedzieli w kuchni przy stole pod oknem: Rajmund po prawej stronie,
obok niego przy dłuższej krawędzi stołu rozsiadł się Rychu, a w kącie
między stołem a ścianą przycupnął ten rudy. Lebera przeanalizował
sytuację. Do drzwi wyjściowych miał zaledwie pięć kroków. Szybki atak i
pózniej skok do drzwi to było to, co mogło go uratować z tej niezbyt [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.