Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Luis odchrząknął.
- Sylvio, poczyniłem przygotowania do pogrzebu. Msza odbędzie się w czwartek o
jedenastej, a zwłoki zostaną wystawione dziś wieczorem o szóstej. - Jego głos stał się chrapliwy,
więc Luis urwał na chwilę, by ponownie odchrząknąć. - Czy myślisz, że Ibby powinna z nami
pójść?
- Nie, lepiej, żeby tego nie widziała - stwierdziła Sylvia. - Jest jeszcze za mała. Ktoś
powinien tu z nią zostać. - Nie spojrzała na mnie, mówiąc te słowa, ale zrobił to Luis, unosząc brwi.
Ja też uniosłam swoje.
- Zostałabyś? - spytał. - Popilnujesz jej przez kilka godzin?
- Oczywiście.
Sylvia wyraznie zesztywniała.
- Luis, czy możemy porozmawiać na osobności? Przewrócił oczami i podążył za nią do
innego pokoju.
Zamknęła za sobą drzwi, odseparowując się ode mnie.
Poszłam do kuchni, gdzie Isabel grzebała widelcem w resztkach syropu na talerzu. Spojrzała
na mnie, oblizując widelec do czysta.
- Umiesz robić naleśniki? - zapytała mnie.
- Nie wiem - odpowiedziałam. - Nigdy nie próbowałam.
- To łatwe. Pokażę ci.
- Już jadłaś - upomniałam ją. - Myślę, że masz już dość. Prawda?
Zgarbiła się żałośnie.
- Nie ma z tobą zabawy.
Jako były dżinn odczułam pewne zadowolenie z tego powodu, ale szybko się ono rozwiało.
Dziecko cierpiało, choć próbowało ukryć to przede mną.
- Przykro mi, że wyjechaliśmy - powiedziałam jej. Nie uniosła główki. - Wiem, że tęskniłaś
za wujem.
- I za tobą też.
- Wiem.
- Babcia Sylvia cię nie lubi - stwierdziła Ibby. - Ona cię nie lubi, bo jesteś biała, i myśli, że
chcesz mnie jej wykraść.
- Wykraść? Dlaczego miałabym to zrobić?
- Bo nie jestem bezpieczna z wujkiem Luisem. Ona mówi, że to wszystko stało się przez
niego. - To oznaczało tragedię, która wstrząsnęła jej życiem.
Logiki tej dziewczynki nie dało się podważyć.
- A więc ona sądzi, że ja spróbuję cię jej odebrać. Dlaczego?
Ibby wzruszyła ramionami.
- Ty jesteś gringa, biała. Bardziej spodobasz się policji. No i oddadzą mnie tobie. Tak mówi
babcia Sylvia. Ona mówi też, że lepiej będzie, jak stąd wyjadę, razem z nią.
Nie miałam pojęcia, co to ma do rzeczy, ale zastanowiłam się poważnie, zanim
odpowiedziałam:
- Nie wykradnę cię, Isabel. Wiesz o tym, prawda? Wiem, że kochasz swojego wujka i swoją
babcię. Nie od biorę cię im.
- Obiecujesz? - Ibby spojrzała na mnie, a w jej oczach zalśniły łzy.
- Obiecuję.
- Z krzyżem na sercu?
Zerknęłam mimowolnie na krucyfiks, zawieszony na ścianie obok drzwi. Wbicie go sobie w
serce wydało mi się okrucieństwem.
- Nie, niemądra, trzeba zrobić tak. - Isabel zsunęła się z krzesła, obiegła stół i pokierowała
moją dłonią w cztery strony na wysokości, gdzie biło moje doczesne serce. - O, już! Teraz dałaś
słowo.
Wgramoliła mi się na kolana i pogładziłam ją powoli po włosach, kiedy wtuliła się we mnie,
szukając ukojenia. Już niemal zasypiała, gdy się odezwała:
- Cassie? - Był to ledwo dosłyszalny, senny szept; przytknęłam palec do jej ust. - Ja czasami
się boję.
- Ja też. Czasem - wyszeptałam, bardzo cicho. - Nie pozwolę, żeby stała ci się krzywda.
- Przysięgniesz? Na krzyż? Zrobiłam to.
Kiedy dorośli wrócili, Luisowi wyraznie wyczerpywała się cierpliwość, a Sylvia miała minę
surową jak krzemień. Uśmiech wykrzesałby z niej iskry.
- Luis zgodził się, żebyśmy ściągnęli moją siostrę Veronikę, która dzisiejszej nocy
przypilnuje Isabel - obwieściła Sylvia. - Pani pewnie zechce zobaczyć Manny'ego i Angelę.
Zupełnie jak gdyby wydawała mi polecenie. Obrzuciłam ją przeciągłym spojrzeniem dżinna
i pobladła nieco.
- Dziękuję za troskliwość - powiedziałam. Isabel przysypiała na moich rękach, bezwładna,
ciężkawa i ciepła, a ja poruszyłam nią tak, aby mogła oprzeć głowę o moją szyję. - Położę ją do
łóżka.
- Pomogę ci - zaoferował bezzwłocznie Luis. Sylvia wydęła usta, ale nie powiedziała nic,
zbierając ze stołu wymazany syropem talerz, widelec i pustą szklankę.
Isabel nie obudziła się, kiedy układałam ją w jej dziecinnym łóżeczku - zastanawiając się
przy tym, czy przypadkiem nie należało ono kiedyś do Angeli, gdyż wydawało się wypłowiałe i
zużyte - a Luis pokazał mi, jak opatulić dziecko. Delikatnie pocałował Isabel w czoło, a po nim ja
uczyniłam to samo. Jej skóra pod moimi wargami wydawała się miękka jak jedwab i poczułam falę
emocji, która mnie zaskoczyła.
Czułość.
- Sylvia mnie nie lubi, bo jestem gringa - powiedziałam do Luisa, wyprostowując się. - I boi
się, że odbiorę wam Isabel.
Wydał się tym zdumiony. Nie wspomniałam mu, że to Isabel wykazała się tak niezwykłą
przenikliwością, a nie ja sama.
- Tak, cóż, sąd może nie okazać się zachwycony tym, że byłem notowany na policji, a
Strażnicy pewnie nie zaświadczą na moją korzyść. Sylvia twierdzi, że chce zostać jej prawną
opiekunką, co oznaczałoby, że Ibby musiałaby zamieszkać tutaj, a nie ze mną, kiedy dostanę nowy
przydział.
- Sylvia chce ją zatrzymać. - Luis, jak pamiętałam, obawiał się tego już wcześniej. I
wydawało się, że nie bez powodu.
- Nie dojdzie do tego. - Luis odgarnął kosmyk czarnych włosów z buzi dziewczynki i
dostrzegłam w nim coś z jego brata, czułość i oddanie. - Sylvia to dobra kobieta, ale nie kocha tego
dzieciaka aż tak jak ja. A Ibby potrzebuje miłości.
- No i Sylvia nie zdoła jej ochronić - powiedziałam. - A ty tak.
Wyprostował się, spojrzał prosto na mnie, a ja odwzajemniłam to spojrzenie. Przez chwilę
żadne z nas nie poruszało się ani nie odzywało, a potem Luis skinął niejasno w stronę korytarza.
- Powinienem się przygotować. Na czuwanie przy zwłokach. Posłuchaj, jeśli nie chcesz
iść...
- Pójdę - stwierdziłam. - Ale należy poszukać kogoś, kto pilnowałby Isabel, nawet z oddali.
Czy można o to poprosić jakiegoś Strażnika?
- Tak, da się załatwić. Pewnie trzeba będzie zwrócić się do jednego z Ma'atów. Trzech albo
czterech z nich nadal przebywa w tym mieście. - Przepuścił mnie przed sobą i po wyjściu z pokoju
Isabel zamknęliśmy za sobą drzwi. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.