[ Pobierz całość w formacie PDF ]
wyjątkowej przemocy.
- Jasna cholera! - zawołał starszy z dwóch policjantów, którzy jako
pierwsi odpowiedzieli na wymamrotane chaotycznie przez Kyle a wezwanie.
A potem obaj odwrócili się, by wymownym spojrzeniem obrzucić jego
liczącą sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu postać. W każdym razie zrobił
to ten, który wygłosił ów komentarz. Drugi, o wiele młodszy, pobladł i prawie
wybiegł na ulicę.
- Chciałem tylko znalezć szczotkę - wyjaśnił Kyle. - %7łeby zamieść szkło
ze stłuczonego okna w kuchni.
- A czemu było stłuczone? - wciąż roztrzęsionym głosem zapytał
policjant, który pozostał na posterunku.
- Ponieważ wyrzuciłem przez nie krzesło.
- Aha - gliniarz pokiwał ze zrozumieniem głową. - W takim razie domowa.
- Co domowe?
Kłótnia. Po tym jak oboje odbyliście swoją tradycyjną bójkę, posunął się
pan za daleko, prawda?
Kyle zachmurzył się. Nie pomyślał o tym, że uznają, iż to on jest
sprawcą.
- Nie zabiłem jej - zapewnił skwapliwie swojego rozmówcę. - Była tu,
kiedy otworzyłem drzwi do szafy.
- Jak pan już powiedział, próbował pan znalezć tam szczotkę. O...
Funkcjonariusz ostentacyjnie spojrzał na zegarek - ... siódmej dziesięć rano.
Czy zazwyczaj wykonuje pan prace domowe o siódmej rano, proszę pana?
- To zależy, według którego zegara - uściślił Kyle.
Drugi policjant wszedł ponownie przez drzwi frontowe, starając się nie
patrzeć na szafę.
- Zadzwoniłem do nich z samochodu, Bili. Potwierdziłem, że to awantura
z morderstwem. Powiedzieli, żeby niczego nie dotykać, Wydział Zabójstw będzie tu
lada chwila.
To było po prostu niesamowite. Szok, jak sądził Kyle. Cała trójka
prowadziła utrzymaną w towarzyskim tonie konwersację właśnie tutaj,
w przedpokoju, w towarzystwie martwej kobiety, której tym razem raczej nie można
było wziąć za przypadkową ofiarę. Przeczył temu fakt, że z dużą siłą ktoś
przeciął jej pionowo gardło czymś, co robiło wrażenie noża do filetowania.
Dokładnie w miejscu, w którym David i ja mieliśmy zwyczaj łaskotać
dziewczyny kwiatem jaskra, przypomniał sobie z niepokojem Kyle. %7łeby przekonać
się, czy lubią kwiatki, prawda?
A może po to, żeby się dowiedzieć, czy ich kochają?
Kyle zastanawiał się, czy ta dziewczyna kochała Davida. Ta do niedawna
ładna dziewczyna o kruczoczarnych włosach i oliwkowej skórze, która po śmierci
zaczęła tracić kolor? I czy David kiedyś ją kochał. W swoich pisanych od czasu
do czasu listach nigdy nie wspominał o żadnych romansowych związkach, ale
z drugiej strony mogło być bardzo wiele rzeczy dotyczących McDonalda, o których
Kyle nie wiedział. Czy David przez tyle lat mógł ukrywać przed nim jakieś
mroczne i ponure pragnienia? Czy, skoro już o tym mowa, ktoś, kogo uważał za
brata, naprawdę mógł popełnić tak potworny czyn, a następnie skrupulatnie
wstawić szampana do lodu i zadzwonić, aby powitać go w domu? A następnie opuścić
mieszkanie, aby spotkać swoją Nemezis pod kołami pociągu metra?
Kyle bardzo w to wątpił. David nie mógłby - nie potrafiłby! - zrobić
czegoś takiego. Nie był w stanie zaszlachtować tej dziewczyny, wiedząc, że to
właśnie Kyle musiałby ją znalezć. Poza tym pozostawało pytanie, kto próbował
wysadzić mieszkanie w powietrze? Z całą pewnością McDonald nie był potworem,
który chciałby spopielić niewinnych ludzi.
Doprawdy?
- Przypuszczam jednak, że wie pan, kim ona była, panie McDonald?
Pytanie przywołało na nowo zniechęcające uczucie deja vu.
- Doktor McDonald, doktor nauk, nie medycyny... Nie, nie wiem, kim była.
Nie tym razem.
- Tym razem? - Starszy policjant zmarszczył brwi. - Pozwoli pan, że
upewnię się, że dobrze pana zrozumiałem. Mówi pan, że nie jest pan doktorem
medycyny, ale niedawno miał pan do czynienia z innymi zwłokami?
- Oczywiście do diabła, że nie miałem! - Kyle eksplodował dość
niefortunnie, biorąc pod uwagę okoliczności. - No cóż, tylko marginalnie. Tylko
z jednym - wczoraj, jak sądzę? I w gruncie rzeczy wcale nie jestem żadnym
doktorem. Nazywam się Kyle. Michael Kyle.
Gliniarz mruknął.
- Nie spuszczaj go z oka, Tim - a potem poszedł korytarzem, by
przeczytać przymocowaną do drzwi wejściowych mosiężną tabliczkę z nazwiskiem
McDonald. Kyle, jako zawodowy koczownik, nigdy nie uznał, że warto powiesić tam
również swoją własną.
Konstabl wracając, zaczął wyciągać kajdanki.
- Jak ci się udało tak elegancko wyłamać drzwi doktora, Kyle? - zapytał
krótko, najwyrazniej czując ulgę, że wreszcie wykrył przestępstwo, nad którym
może zacząć pracować. - Posłużyłeś się kartą kredytową, co? Pewnie widziałeś to
w telewizji?
Gdy przesłuchiwali go policjanci z Wydziału Zabójstw, to, co mówił chyba
nie było bardziej spójne, zwłaszcza gdy przedstawiał czynności wykonane podczas
ostatniej doby. %7łycie po śmierci Davida zdążyło się już przekształcić raczej
w absolutny bezsens, niemożność uwierzenia w to, co się dzieje, niż w osadzony
w czasie i przestrzeni zapis koszmaru. Sytuację pogarszał fakt, że przeżywane
przezeń wcześniej i dziwaczne samo w sobie złudzenie normalności, już dawno temu
zdążyło przekształcić się w surrealistyczny brak jakichkolwiek emocji.
Nie sądził, by zrobił na rozmówcach szczególnie dobre wrażenie, ponieważ
w końcu wsadzili go do saloniku, w którym tkwił pod bacznym i nieprzyjaznym
okiem obu mundurowych policjantów, którzy go zatrzymali. Czuł się teraz nie jak
przyszły Młot Sprawiedliwości, ale raczej jak osobnik, którego Sprawiedliwość
zaraz walnie młotem w głowę. Zapewne nie pomogło mu również i to, że nie mając
nic lepszego do roboty poza daremnymi próbami zidentyfikowania odgłosów
nasilonej działalności w przedpokoju, Kyle ostatecznie uległ straszliwemu
zmęczeniu i zapadł w niespokojną drzemkę. Przestał już dbać o to, czy tego
rodzaju nonszalancja przejawiana przez osobnika podejrzanego o seryjne
morderstwo może wywrzeć na policjantach wrażenie paskudnego przypadku braku
uczuć wyższych.
Mimo wszystko, unosząc się w swojej strefie cienia, Kyle wyczuwał, że
policjantom sprawy układają się nie najlepiej - i że coś się tu zakorkowało. Gdy
co jakiś czas się budził, widział jak drzwi się otwierają, zagląda przez nie
nowa twarz i patrzy, jak mu się wydawało, z pewną konsternacją na jego uśpioną
postać. Potem drzwi zamykały się znowu i rozlegał się za nimi stłumiony dzwięk
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ebook @ pobieranie @ pdf @ do ÂściÂągnięcia @ download
Wątki
- Home
- Brian Daley Coramonde 02 The Starfollowers of Coramonde v4.1 (htm)
- Aldiss, Brian W. Galaxias Como Granos de Arena
- Brian Kate Megan Przewodnik Po ChĹopcach CAĹOĹÄ
- Brian Stableford Hooded Swan 1 The Halcyon Drift
- Frank & Brian Herbert Man of two worlds
- Zelazny, Roger The Second Chronicles of Amber 01 Trumps of Doom
- Christian Jacq [Ramses 05] Under the Western Acacia (pdf)
- Fred Saberhagen Lost Swords 08 Shieldbreakers story
- Canham Marsha Mroczna strona raju
- Collins Jackie Grzesznicy
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- ministranci-w.xlx.pl
Cytat
Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
Dies diem doces - dzień uczy dzień.