[ Pobierz całość w formacie PDF ]
był utonął "morska pławaczko*" - to mówi Kochanowski! - rzuciłbym się do wody ja pierwszy, a za mną
Zenobi. Jak wszyscy, to wszyscy. Prawda, Zenobi?
- Prawda! - zagrzmiał przyjaciel.
- Czy ty myślisz, pływająca kreaturo, że gdyby ci się było wydarzyło nieszczęście... Oj, trzeba odpukać,
a nie mam drzewa pod ręką... Zenobi, nadstaw głowę, bo muszę stuknąć w drzewo!... Czy ty myślisz,
że ja i on moglibyśmy stanąć przed twoim ojcem i powiedzieć jak gdyby nigdy nic: "Nie ma Zbyszka,
bo utonął"? Jeśli tak myślisz...
- O drodzy moi! - szepnął Zbyszek gorąco. - Jacy wy jesteście dobrzy!
- My wcale nie jesteśmy dobrzy, tylko ty byłeś tak dobry, że nie utonąłeś. Ale ten Apasz, co? Jeśli kiedy
powiem złe o nim słowo, niech mnie oblezą wszystkie jego pchły.
- Złoto, nie pies - poświadczył Zenobi.
"Dziwna rzecz, że tak o mnie nie mówiono, gdy zakatrupiłem kurę" - pomyślał Apasz, ale machnął
gwałtownie ogonem na znak, że jest mile zaskoczony ich o sobie mniemaniem.
- Nie wiecie, co się stało z dzieckiem? - zapytał Zbyszek.
- Zabrała je jakaś kobiecina, a teraz będą szukać rodziców. Uszczęśliwiłeś jakichś biednych ludzi -
objaśnił Zenobi.
- To mi przypomina - zaśmiał się Zdzisław - że wdzięczność ludzka różnie się objawia. Czytałem wesołą
historię o tym, jak dzielny jeden człowiek wyłowił ze stawu tonącego chłopca. Przybiegł ojciec tego
chłopczyka i z pyskiem do zbawcy syna:
"Jak to? - krzyczał. - Jego pan wyratował, a gdzie kapelusz? Przecie kapelusz został na wodzie! Aadny z
pana ananas!"
- Zwietne! - śmiał się Zbyszek.
- Chętnie przyznaję, że omal się nie roześmiałem - rzekł z uznaniem Zenobi.
- Nie wyprowadzisz mnie z równowagi - oświadczył Zdzisław - bo ja nie tobie opowiadam, tylko
Zbyszkowi. A słyszałeś, Zbyszek, o dwóch na tonącej tratwie?
- Nie słyszałem. Gadaj prędko!
- Było tak: dwóch rozbitków płynie na tratwie, ale tratwa tonie. "Skoczymy w morze!" - woła jeden. "O
Boże, kiedy ja nie umiem pływać" - krzyczy drugi. "Nic nie szkodzi, ja umiem! - zawołał ten pierwszy. -
Nauczę pana!" Najgorszy wypadek zdarzył się jednak dzielnemu pływakowi, co skoczył w wodę, aby
wyratować tonącego. Schwycił go za włosy i popłynął do brzegu. Wylazł i zdumiał się: w ręku dzierżył
włosy, a osoby nie było, bo osoba nosiła perukę, peruka została wyratowana.
- Rozumiem zdumienie tego zbawcy - zaśmiał się Zbyszek.
- A raz - gadał niewyczerpany Zdzisław - siedział na brzegu marynarz i widział, jak ktoś tonie i
straszliwie krzyczy. "Czemuś go nie ratował?" - mówią do marynarza z oburzeniem. A ten na to: "Bo
nie wiedziałem, o co mu idzie, gdyż gadał po szwedzku. Czy ja umiem po szwedzku?"
- Kretyn! - rzekł Zenobi.
- O mnie mówisz? - ponuro zapytał Zdzisław.
- Nie. O tym marynarzu - powiedział szybko Zenobi mrugając na Zbyszka. - Baczność, panowie,
zbliżamy się do ludzkiej siedziby. Wstąpili do sklepiku, aby zakupić żywność, a spożyć ją poza
osiedlem, na łące. Sklepikarz, krając chleb, przyglądał się im natarczywie, potem szepnął coś do żony.
Kobieta przyjrzała się im pilnie i skinęła porozumiewawczo głową.
- Co im się stało? - szepnął Zenobi.
- Nie wiem. Ile się należy? - zapytał głośno Zdzisław.
- Nic, proszę panów - rzekła kobieta miękkim głosem.
- Niech panowie przyjmą tę drobnostkę.
- Ale jakżeż?... My nie możemy... - zdumionym głosem oświadczył Zdzisław.
- Niech panowie jednak uczynią nam tę łaskę, bardzo prosimy. Tymczasem sklepikarz odłamał spory
kawał kiełbasy i zbliżywszy się do Apasza rzekł:
- A to dla niego.
Apasz, nie wdając się w żadne ceremonie, kłapnął jedynie zębami. Nie było sposobu, aby tym
niezwykłym sklepikarzom odmówić.
- To dziwna rzecz - mówił Zdzisław, zadumany. - Czy my wyglądamy na włóczęgów?
- Może nie wszyscy - odparł Zenobi. - W każdym razie ci dobrzy ludzie nie chcieli nam dać jałmużny.
Skądże znowu! Być może, że kochają młodzież.
- I psy?
- To trochę dziwniejsze. Apasz nie ma takiej miny, aby od razu można się było w nim zakochać. Ta
nagła sympatia zdarzyła mu się zapewne po raz pierwszy. Widać, że bardzo przy nas wyszlachetniał i
już nie ma takiego zbójeckiego wyrazu, którym się wybitnie odznaczał. Ja teraz o tym tylko myślę, czy
to był odosobniony wypadek, czy też weszliśmy w takie okolice, gdzie chleb, masło i kiełbasę rozdają
darmo. Jeśli tak jest, będziemy wędrowali bardzo powoli i będziemy wstępowali do każdego sklepu po
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ebook @ pobieranie @ pdf @ do ÂściÂągnięcia @ download
Wątki
- Home
- 00000233 SĹowacki Beniowski
- Ann Somerville [A Fluffy Tale 02] Warm and Fuzzy [MM] (pdf)
- Sandemo_Margit_07_JasnowśÂosa
- Jordan_Penny_ _Szczesliwe_dzie
- Braun Lilian Jackson Kot, który... 06 Kot, który bawiśÂ sić w listonosza
- Bujold, Lois McMaster Vorkosigan 04 The WarriorâÂÂs Apprentice
- 093. ABY 0004 Luke Skywalker i Cienie Mindora
- Meadow Grass [Alice Brown]
- Frank Herbert Dune 2 Dune Messiah
- Ellis_Lucy_Tydzien_w_Nowym_Jorku
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- speedballing.xlx.pl
Cytat
Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
Dies diem doces - dzień uczy dzień.