Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Niedaleko jeszcze zaszedłem, gdy spostrzegam idącą ku
mnie kupkę żołnierzy naszych, a między nimi Dąbrowskiego,
samego, z postrzeloną ręką. Wywiązać się jednak musiałem
z danego mi zlecenia i powiedziałem jenerałowi, że Zajączek
składa dowództwo w jego ręce. Dąbrowski był ogromnie roz-
drażniony, snąć rana mu bardzo dokuczała. Fuknął na mnie: 
Widzisz Waćpan, żem sam ranny, idz do diabła!  Niedługo
jednak pożałował, że się ze mną tak niegrzecznie obszedł i po-
słał za mną adiutanta, ażeby mi powiedzieć, iż oddał już do-
wództwo Kniaziewiczowi".
Pognał więc znowu pan Józef szukać Kniaziewicza, aby
zająć przy nowym dowódcy swoje miejsce zastępcy szefa
sztabu. Znalazł go na czele dywizji po lewej stronie drogi.
 Stanowisko korpusu naszego, tak po lewej, jak po prawej
stronie gościńca, było najokropniejsze dla żołnierza, zmuszo-
nego stać ciągle z bronią na ramieniu pod morderczym ogniem,
gdyż zasłanialiśmy odwrót armii i nic więcej nie mieliśmy do
czynienia. Byliśmy jak na straconej czacie, forpoczty nasze
143
tylko odstrzeliwały się forpocztom nieprzyjacielskim, ale po-
nad głowami ich działa wielkiego kalibru miotały na nas kule,
granaty, kartacze. Drzewa kulami połamane, gałęzie urwane
waliły się na nas; z boku zachodzili znienacka tyralierzy nie-
przyjacielscy i z poza drzew strzelali do nas jak do kaczek.
Pamiętam, że ludzie tak padali, iż Kniaziewicz kazał nam o kil-
kanaście kroków dalej postąpić, ażeby się oddalić od trupów.
Mój płaszcz, moja bermica były przestrzelone. Kula jedna
karabinowa odbiła się o pochwę żelazną mego pałasza... Już
zapadł mrok, część lasu, gdzieśmy stali, była trupami naszych
zasłana, strzały moskiewskie karabinowe i armatnie były coraz
rzadsze; w tej chwili przybył do jenerała Kniaziewicza adiutant
marszałka Neya, który po rannym Oudinocie objął dowództwo
naczelne jego korpusu, a z nim i naszego, z rozkazem, ażeby
natychmiast do niego się udał. Kniaziewicz zdał komendę
jenerałowi Izydorowi Krasińskiemu, a sam ze mną jednym
wybrał się piechotą przez las do marszałka. Ciemno było
w lesie, trzymaliśmy się obydwa pod ręce, drapiąc się przez
pościnane i zawalone drzewa... Na koniec znużeni i prawie już
bez sił, sądząc, że jesteśmy za obrębem strzałów, zwracamy
się na gościniec, przechodzimy przez rów niezbyt szeroki, ja
podaję rękę jenerałowi, a w tej chwili słyszę jakiś trzask
blisko siebie, jakby złamanie kawałka drzewa, pewny byłem,
iż drąg był przez rów położony i złamał się pod nogami jene-
rała, aż tu jenerał krzyknął i powalił się w rów. Kula działowa
tocząca się już tylko po ziemi trafiła go w nogę i uszkodziła
mu kość. Zostaliśmy sami jedni wśród nocy w lesie, kolosalny
Kniaziewicz jęczący w rowie, ja obok niego bezsilny, bo za-
ledwie mogąc nogi włóczyć, nie było mi podobna wziąć go
samemu na barki, a ratunku, pomocy znikąd. Daremnie wo-
łałem na przechodzących żołnierzy; wszyscy nas mijali udając,
że nie widzą nas i nie słyszą... Nareszcie usłyszałem chrzęst
w lesie i pojawił się przed nami mały, ale krzepki woltyżer
z pierwszego pułku, krakowiak, nazwiskiem Rosołek. Ten
poczciwy chłopiec nie dał się prosić, natychmiast przybiegł do
144
nas, wydzwignął razem ze mną Kniaziewicza z rowu, przyniósł
z lasu grubą gałąz, posadził go na niej. Jenerał silnie go za
szyję
oburącz uchwycił i tak potrafiliśmy go we dwóch kilkaset
kroków gościńcem ponieść, przyczem Rosołek broni swojej
nie porzucił... Doszliśmy do jednego baraku z chrustu, jakich
było kilka bliżej ku Berezynie wystawionych przez żołnierzy
z gwardyi Napoleona, i szczęśliwieśmy trafili, gdyż tu był
ambulans pułku polskiego lekkokonnego gwardyi, a przy nim
był chirurg naczelny tego pułku, znany w całem wojsku Girar-
dot. Ten natychmiast zajął się rannym jenerałem..."
Nie wiadomo, co by się stało z Kniaziewiczem bez pomocy
dzielnego Rosołka, bo ambulans doktora Girardota uchwycili
dosłownie w ostatniej chwili. Gdyby przyszli o parę godzin
pózniej, już by szwoleżerów nad Berezyną nie zastali.
 Dnia 29-go opuściliśmy brzegi Berezyny  pisze Józef
Załuski  upamiętnionej nieszczęśliwie przez samowolną
winę niesfornych włóczęgów, nie chcących ani v/ porządku
czekać, ani w porządku przechodzić przez mosty, co ich klęski
było przyczyną, albowiem pod militarnym względem tej prze-
prawy nie można było nazwać nieszczęsną, lecz przeciwnie
niespodziewanie pomyślną i nader umiejętnie uzyskaną..."
Widać, że kronikarz szwolezerski  oceniający wypadki
z wyżyn uprzywilejowanej gwardii  odjeżdżał znad Berezyny
w humorze nie najgorszym.
Podobny nastrój przebija z odnoszących się do tego samego
okresu wspomnień Dezyderego Chłapowskiego:
 Nasz pułk trzymał się dobrze. Oficerowie spali zawsze przy
ognisku, wśród żołnierzy. Jeść tak bardzo nie brakło, bo jednak
byliśmy blisko głównej kwatery i spotykaliśmy transporta wo-
łów, które były szły za armią. Przyszedłszy na noc szwoleżero-
wie zajmowali jakie domostwo, strzegli, żeby je Francuzi dla
ogrzania się nie zapalili. W niem zajmował się mój kuchcik
Garoliński z kilkunastu ludzmi przygotowaniem, co można
było. O mięso i mąkę postarali się żołnierze. Piekł kawałki mięsa
i robił z mąki duże kluski, które przypiekał. Brak soli dokuczał
10  Kozietubki t. II 145
nam mocno. Rano przy wymarszu dostawał każdy taką kluskę
ciepłą i kawał wołowiny, który się na dzień cały miało. Garo-
lińskiego strzegły szwoleżery jak oka w głowie..."
Ale dobra kondycja gwardii cesarskiej zdecydowanie odbijała
od sytuacji reszty armii. Po przejściu Berezyny ogólne piekło
odwrotu stało się jeszcze straszniejsze. Wyczytać to można
nawet ze wspomnień tegoż Chłapowskiego.
 Jednego dnia siedliśmy kilku oficerów w izbie, żeby się roz-
grzać, i czekali na upieczenie kawałka wołowiny, a jak się izba
rozgrzała, brzydki smród się rozszedł. Pod kupą słomy leżał
zmarzły zupełnie jenerał holenderski".
I zaraz potem:
 Brygada cała Neapolitańczyków jeszcze przed Wilnem w jed-
ną noc zmarzła. Wołali o ratunek króla Joachima, pokazywali
zmarznięte ręce  wśród nocy nikt się o nich nie zatroszczył".
W marszu od Berezyny do Wilna, po dłuższej przerwie, zno-
wu trafiamy na ślad Jana Leona Hipolita Kozietulskiego. Odno-
tował to spotkanie w dzienniku pułkowym, pod datą 5 grudnia,
major Dautancourt; niestety  więcej tam o warunkach atmo-
sferycznych niż o naszym bohaterze.
 W chwili kiedy kolumna ruszyła na Oszmianę, ujrzeliśmy
znowu szefa szwadronu Kozietulskiego, który po odniesieniu
rany 25-go pazdziernika podróżował w kibitce z chirurgiem
Gadowskim i dwoma szwoleżerami. Mróz i przenikliwy wicher
północny był tego dnia dotkliwszy niż zwykle... Z oddechu
tworzyły się długie sople u naszych wąsów i sprawiały nam [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.