Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Spróbował coś powiedzieć i nawet mu się udało, musiał tylko pamiętać, by nabrać do płuc
dostatecznie dużo powietrza.
Domyślił się prawdy, z chwilą gdy poczuł nieodpartą chęć marszu.
Był martwy, a jednocześnie ożywiony. A zatem musiał być żywym trupem.
Najprawdopodobniej to Neg rozkazywał jego stopom, aby się poruszały. Nienaturalność
tego przepełniała go zgrozą, ale i nową nadzieją. Może będzie miał jeszcze jedną szansę, by
zabić Conana.
Uśmiech, który pojawił się na obliczu Mistrza Kamuflażu, kiedy rozważał tę szansę,
wykrzywił jego usta w okrutnym grymasie. Może bogowie nie byli tacy zli&
Gdy maszerował przez ciemność, ujrzał innych, takich samych jak on nieumarłych. Był
wśród nich jednoręki Brutal powłóczący leniwie nogami. Innych nie znał, a było ich wielu.
Ten Neg miał ogromną moc. To nie ulegało wątpliwości. Trudno. Będzie, co ma być. Mistrz
Kamuflażu dodał sobie otuchy myślą o ponownym spotkaniu z Conanem. Tym razem to on
będzie miał przewagę. Przecież nie można zabić trupa!
Ożywali wszędzie.
Malo, kapłan Suddy, podniósł się i pomaszerował na zachód. Prócz niego jeszcze dwaj inni
mnisi stwierdzili, że choć są martwi, to mimo wszystko żyją.
Nocny strażnik, który okazał się nie dość ostrożny, wygrzebał się z wilgotnej ziemi i
dołączył do korowodu umarłych.
Dwaj górscy rozbójnicy, którym zabrakło wprawy i zręczności, choć nieco nadgryzieni
przez padlinożerców, zaczęli schodzić w dół górskiego zbocza.
Ożywali wszędzie. Rynsztokowe szumowiny z Shadizar, powieszeni rabusie z Numalii,
ofiary mrocznych stygijskich rytuałów, dobrzy i zli, przestępcy i ludzie bez skazy. Wszyscy,
którzy umarli w zasięgu tysiąca mil od fortecy Nega, którzy nie zajęli jeszcze należnego im
miejsca w Szarych Krainach, a którzy mieli kończyny, by móc chodzić lub przynajmniej
pełzać, wstawali z grobów, grobowców, mauzoleów, trumien i nie oznakowanych mogił.
Wstawali i wyruszali na spotkanie ze swym nowym panem.
Armie nocy maszerowały ku fortecy.
Pomiędzy Zwiatami zapadła noc. Najpierw zmierzch objął całą drogę, a zaraz potem
zapanowała mroczna noc, zupełnie jakby ktoś zdmuchnął wątły ogienek oliwnej lampy.
Od skraju dżungli dzieliło ich pięć minut drogi, ale Conan nie miał ochoty wkraczać do
lasu po zmroku.
 Tu rozbijemy obóz  oznajmił. Nie było sprzeciwów, więc udał się do pobliskiego
zagajnika po drewno na ognisko.
Nie wiedział, czy istoty zamieszkujące ten świat bały się ognia, ale niezależnie od tego
każdy stwór, któremu machnie się przed pyskiem zapalonym polanem, powinien choć na
chwilę przystanąć.
Posilili się owocami i wędzoną rybą, które Elashi miała w swojej sakwie. Conan popił
posiłek kilkoma łykami wina ze skórzanego bukłaka. Pił oszczędnie i zastanawiał się, czy
ognisko mogło przyciągnąć nocą nieproszonych gości. Po namyśle postanowił znalezć sobie
dogodne miejsce z dala od ognia, skąd mógłby obserwować całą okolicę i wypatrzyć każdego,
kto zechciałby zbliżyć się do światła.
Wysoko w górze świeciły gwiazdy, ale nie było księżyca. Niebo wyglądało groznie i obco,
Cymmerianin nie widział nigdzie znajomych konstelacji. Ujrzał tylko łuk stworzony z
drobnych świecących punkcików, dalej garść migocących jak diamenty gwiazd, układających
się w kształt męskiej pięści. Jeśli mógł mieć wątpliwości, czy kraina, którą przemierza, nie
jest tym samym światem, w którym żył do tej pory, jeden rzut oka na niebo wystarczył, by je
rozproszyć.
Po posiłku Conan dorzucił drew do ogniska.
 Oddalmy się trochę od ognia  powiedział.  Aby nikt, kogo, on zaciekawi, nie zdołał
nas zaskoczyć.
I znów żadna z kobiet nie zaoponowała. Kilkadziesiąt kroków od ogniska znajdowała się
gęstwina krzewów i właśnie tam postanowili spędzić noc. Barbarzyńca zastanawiał się, czy
nie przesiedzieć tej nocy czuwając, ale jako że Tuanne nie potrzebowała snu, uznał, że może
pozwolić sobie na odrobinę wytchnienia. Czekało go nie lada zadanie i potrzebował
odpoczynku. Poza tym nieumarła widziała w ciemnościach lepiej od niego i mogła go
obudzić w razie niebezpieczeństwa.
Z Elashi po jednej i Tuanne po drugiej stronie Conan znużony zapadł w głęboki, kojący
sen.
Gdy obudził się, stwierdził, że Tuanne zniknęła.
Było jeszcze przed świtem. Ognisko wypaliło się do gorejących węgli i nie przyciągnęło
żadnych niebezpieczeństw, ale Tuanne nigdzie nie było widać.
 Co się stało?  spytała Elashi przecierając oczy.
 Tuanne odeszła  odrzekł.
Wstali i wyszli z gęstwiny krzewów. Mrok był jeszcze gęsty i widoczność ograniczona do
kilku kroków.
 Musimy ją odnalezć!  rzuciła Elashi.
 Jest za ciemno  odrzekł Conan.  Możemy sami się zgubić.
 Nie możemy jej tu zostawić!
 Masz lepszy pomysł?
Elashi zamilkła.
 Powiedziała, że jeśli ulegnie zewowi Nega, jej ścieżka będzie inna niż nasza 
stwierdził Conan.  Musimy dotrzeć do fortecy Nega, to jedyna szansa, abyśmy mogli ją
ocalić.
 Jak się stąd wydostaniemy?  zapytała z obawą Elashi.
 Nie znam odpowiedniego zaklęcia, podobnie zresztą jak ty.
 Powiedziała, że ta ścieżka została stworzona specjalnie dla nas. Może natrafimy na
jakieś wskazówki, kiedy znajdziemy się we właściwym miejscu.
 A może przyjdzie nam tu błądzić, aż nasze kości obrócą się w proch!
 Masz lepszy plan?
 Przestań!
Wreszcie pierwsze promienie osobliwego świtu zaczęły rozjaśniać mroczne niebo. Conan
milczał. Nic innego nie można było uczynić.
Niebawem Skeer przyzwyczaił się do podążających za nim krok w krok pająków. Chodziły
za nim wszędzie i za nic nie chciały go opuścić.
W przypływie irytacji Skeer postanowił pozabijać przeklęte stawonogi. Jednym susem
pokonał odległość dzielącą go od tarantul. Prawie jakby spodziewając się tego, włochate
kreatury poszły w rozsypkę. Nieumarły był szybki, ale mimo to zdążył nadepnąć tylko jedną
pajęczycę. Spod podeszwy sandała dobiegł trzask i trysnęła pajęcza posoka, ale pomimo iż
bardzo się starał, nie zdołał dopaść ani jednego więcej.
Kiedy zrezygnował z dalszych prób wyduszenia z nich życia, pająki zebrały się ponownie.
Dwadzieścia dwa włochate paskudztwa! %7łycie obfitowało w kiepskie chwile, po śmierci
jednak, jak wszystko na to wskazywało, było jeszcze gorzej.
Skeer krążył pustymi korytarzami fortecy Nega, spod jego stóp wzbijały się od czasu do
czasu małe chmurki kurzu, a myśli były czarne jak bezgwiezdna noc.
Tuanne wiedziała, że już po niej. Neg dosięgnął jej myślami i choć trwało to tylko chwilę i
nie wywarło takiego skutku jak w przypadku innych nieumarłych wędrujących Pomiędzy
Zwiatami, zrozumiała, że ją zobaczył.
ACH, TUANNE! DOMYZLAAEM SI, %7Å‚E WRÓCISZ. WYMYZLIAEM DLA CIEBIE Z
TEJ OKAZJI KILKA NOWYCH PRZYJEMNOSTEK. ODESZAAZ TAK BEZ
PO%7Å‚EGNANIA. ZAAMAAAZ MI SERCE.
Mentalny głos Nega stał się ostry jak trzask bicza.
ZRANIAAZ MNIE, I ODPAAC CI TYM SAMYM&
W tej samej chwili Tuanne straciła wszelką nadzieję. Ogarnęła ją fala rezygnacji i czarnej
rozpaczy. Czekały ją tysiące lat niedoli i udręki. Wiedziała, że Neg srogo ukarze ją za [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • WÄ…tki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiÄ…cego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiÄ…cego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.