Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

szczodrobliwie wyposażone przez Boga, że sama już myśl o tym, iż mogą się kiedyś zmienić na
gorsze, wydaje się nam niepodobieństwem. O takich ludzi jesteśmy zawsze spokojni. Również i
obecnie spokojny jestem o Aleja. Gdzie jest on teraz?... Kiedyś, już po dość drugim pobycie w
więzieniu, leżałem na pryczy pogrążony w smutnych myślach. Alej, zwykle pilny i pracowity, tym
razem nic nie robił, na sen zaś było jeszcze za wcześnie. Działo się to w jakieś święto
muzułmańskie, toteż Tatarzy nie pracowali. Leżał na wznak, założywszy ręce pod głowę, i także o
czymś rozmyślał. Wtem zagadnął mnie: - Słuchaj, bardzo d teraz ciężko?
Spojrzałem nań z ciekawością, i to szybkie obcesowe pytanie wydało mi się dziwne w ustach
Aleja, zawsze delikatnego, zawsze dyskretnego, zawsze pełnego dobroci; ale kiedym popatrzył
uważniej, zobaczyłem na jego twarzy tyle tęsknoty, tyle płynącej ze wspomnień udręki, żem uznał
od razu, iż jemu samemu jest bardzo ciężko, i to właśnie w tej chwili. Podzieliłem się 2 nim moim
domysłem. Westchnął i smutno się uśmiechnął. Lubiłem jego uśmiech, zawsze tkliwy i serdeczny.
A przy tym ukazywał w uśmiechu dwa rzędy perłowych zębów, których piękności mogłaby
pozazdrościć najurodziwsza w świecie kobieta. - Aleju, pewnie myślałeś teraz o tym, jak u was w
Dagestanie obchodzą dzisiejsze święto? Musi tam być ładnie. - Tak - odparł z zachwytem i oczy
mu się rozpromieniły. - Ale skąd wiesz, że myślę o tym? - Jakżebym mógł nie wiedzieć! Cóż,
lepiej tam niż tutaj?
- O, po co to mówisz?...
- Pewnie mnóstwo tam u was kwiatów, istny raj ?
- 0-och, lepiej nie mów. Był bardzo wzruszony.
- Słuchaj no, Aleju, miałeś siostrę?
630
- Miałem, a bo co?
- Musi być piękna, jeżeli podobna do ciebie.
- Iii, gdzie tam do mnie! Taka jest piękna, że piękniejszej nie ma w całym Dagestanie. Ach, jakaż ta
moja siostra piękna! Nie widziałeś takiej! Matka moja także była piękna. - A czy matka cię
kochała?
- Ach! Co też ty mówisz! Z tęsknoty po mnie pewnie teraz umarła. Byłem jej ukochanym synem.
Kochała mnie więcej niż siostrę, więcej niż wszystkich... Dzisiaj przychodziła do mnie we śnie i
płakała nade mną. Umilkł i tego wieczoru nie powiedział już ani słowa. Lecz odtąd zawsze
szukał rozmów ze mną, mimo że sam - wskutek szacunku, jaki nie wiedzieć czemu żywił do
mnie - nigdy się pierwszy nie odzywał. Za to bardzo był kontent, gdy się zwracałem do niego.
Wypytywałem go o Kaukaz, o dawniejsze jego życie. Bracia nie bronili mu rozmawiać ze mną, i
owszem, sprawiało im to przyjemność. Oni również, widząc, że coraz bardziej lubię Aleja, stali
się dla mnie znacznie serdecz-niejsi. Alej pomagał mi w pracy, jak mógł, usługiwał mi w
koszarach, i znać było, że mu bardzo przyjemnie ulżyć mi choć trochę i dogodzić, a w tej chęci
dogodzenia nie było cienia uniżoności czy interesowności, tylko rzewne, przyjacielskie do mnie
uczucie, którego już nawet nie taił. Między innymi, miał spore zdolności do robót ręcznych;
nauczył się wcale przyzwoicie szyć bieliznę i buty, pózniej zaś, gdy trafiła się okazja, nauczył
się stolarki. Bracia go chwalili i byli zeń dumni. - Słuchaj no, mój Aleju - powiedziałem
pewnego razu - czemu się nie nauczysz czytać i pisać po rosyjsku? Czy wiesz, że ci się to
pózniej może przydać tutaj, na Syberii? - Bardzo chcę. Ale od kogo mam się uczyć?
- Alboż tu mało piśmiennych! Ot, chcesz, to cię nauczę?
- Ach, naucz, proszę! - Tu Alej aż się uniósł na pryczy i błagalnie złożył ręce patrząc na mnie. Już
nazajutrz wieczorem zabraliśmy się do dzieła. Miałem rosyjski przekład Nowego Testamentu -
książkę nie zakazaną w więzieniu. Bez elementarza, na tej jednej książce. Alej w kilka tygodni
nauczył się świetnie czytać. Po upływie jakich trzech miesięcy doskonale już rozumiał język
książkowy. Uczył się z zapałem, z pasją.
Kiedyś przeczytaliśmy z nim cale Kazanie na górze. Spostrzegłem, że niektóre wersety wymawia
jak gdyby ze szczególnym uczuciem. Spytałem, czy mu się podoba to, co przeczytał. Popatrzył na
mnie bystro i rumieniec wystąpił na jego twarzy. - Ach tak! - odrzekł - tak. Isa12 święty prorok, Isa
mówił Boże słowa. Jak pięknie! - Cóż ci się najbardziej podoba?
- Ano tam gdzie On mówi:  przebaczaj, kochaj, nie krzywdz i miłuj nieprzyjaciół . Ach, jak
pięknie On mówi! Obrócił się do braci, którzy słuchali naszej rozmowy, i z ogniem jął im coś
przekładać. Tamci długo i poważnie gawędzili ze sobą i potakująco kiwali głowami. Następnie,
z dostojnie przychylnym, to znaczy iście muzutamańskim uśmiechem (który tak lubię, a lubię
właśnie dostojeństwo tego uśmiechu) zwrócili się do mnie i potwierdzili, że Isa był Bożym
prorokiem i czynił wielkie cuda; że zrobił z gliny ptaka, dmuchnął na niego i ptak poleciał...13 i
że jest to napisane w ich księgach. Mówiąc to byli święcie przekonani, że sprawiają mi wielką
przyjemność wychwalaniem Isy, Alej zaś był bez zastrzeżeń szczęśliwy, że bracia jego
postanowili i zechcieli sprawić mi tę przyjemność. Pisanie także poszło nam bardzo gładko. Alej
wystarał się o papier (nie pozwolił mi kupić go za moje pieniądze), pióra, atrament, i w ciągu
jakich dwóch miesięcy znakomicie nauczył się pisać. To nawet zdumiało jego braci. Ich duma i
zadowolenie nie miały granic. Nie wiedzieli, jak mi się odwdzięczyć. Na robotach, ilekroć
zdarzyło nam się pracować razem, na wyprzódki pomagali mi i poczytywali to sobie za
szczęście. O Aleju nawet już nie mówię. Kochał mnie chyba nie mniej niż braci. Nigdy nie
zapomnę, jak wychodził z więzienia. Poprowadził mnie za koszary, tam rzucił mi się na szyję i
zapłakał. Nigdy przedtem nie całował mnie i nie płakał.  Zrobiłeś dla mnie tyle, zrobiłeś tyle -
mówił - że ojciec mój, matka moja tyle by dla mnie nie zrobili: uczyniłeś mnie człowiekiem.
Bóg d zapłaci, a ja nigdy o tobie nie zapomnę... Gdzie jest teraz mój dobry, miły, drogi Alej!...
Oprócz Czerkiesów mieliśmy w koszarach całą gromadkę Polaków, stanowiących zupełnie osobną
rodzinę, która się prawie nie komunikowała z resztą więzniów. Jużem wspomniał, że za swą
ekskluzywność, za swą nienawiść do katorżni-ków-Rosjan, byli z kolei znienawidzeni przez
wszystkich. Były to natury udręczone, chore; było ich ze sześciu. Niektórzy z nich byli ludzmi
wykształconymi; o nich będę pózniej mówił osobno i szczegółowo. Niekiedy, w ostatnich latach
swego życia w więzieniu, dostawałem od Polaków różne książki. Pierwsza książka, którą
przeczytałem, wywarła na mnie silne, dziwne, szczególne wrażenie. O tych wrażeniach opowiem
kiedyś oddzielnie. Są one dla mnie bardzo ciekawe, a jestem pewien, że dla wielu będą zupełnie
niezrozumiale. O niektórych rzeczach niepodobna sądzić, jeśli się ich nie doświadczyło. Jedno
powiem: że wyrzeczenia moralne o wiele są cięższe od wszelkich mąk fizycznych. Idący na
katorgę człowiek z gminu przychodzi do znanego sobie, może nawet bardziej rozwiniętego
środowiska. Zapewne, stracił wiele: ojczyste strony, rodzinę, wszystko, ale środowisko jego [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.