[ Pobierz całość w formacie PDF ]
bajek, i do takich w dodatku bajek, którymi dzieci straszą, ażeby były grzeczne. Pochylił tedy karku i
zajął się tylko wyjmowaniem kijów z kół swego własnego wozu. Robota Penelopy! Co wyjął kij jeden,
właziło dwa; wyjął dwa, wyrastało cztery. Z początku czynił to niezgrabnie i zawsze jeszcze ku obłokom
trochę zerkając. Wynikło mu stąd wiele strat i nieprzyjemności. Tak na przykład: raz w pierwszych
jeszcze latach gospodarowania różne teorie dobrze mu znane wzbudziły w nim chęć, aby mieszkańcy
dziedzicznych kiedyś jego wiosek nauczyli się czytać, owocowe ogrody zasadzać, u doktorów leczyć się,
karczmy omijać... Lecz bardzo wkrótce wszelkiej roboty około tego zaniechać musiał, bo na kilka
miesięcy wyjechał do najbliższego miasta w celu przeprowadzenia dość kosztownej i niebezpiecznej
sprawy. Odtąd na ten punkt obłoków nie zerknął już nigdy. Innym razem agronomiczna wiedza jego
doradziła mu zmianę istniejącej w Korczynie rasy bydła na inną: zmienił i znaczne korzyści obiecywał
sobie z tego na przyszłość, ale tymczasem wydał sporo pieniędzy, a gdy przyszła pora wypłacenia
czasowo ustanowionych podatków, nowy dług zaciągnąć musiał. Kiedy indziej jeszcze, mianowicie
przed ożenieniem się z panną młodziutką, ładną, pięknie wychowaną i w której serdecznie był
zakochanym, zachciało mu się ogród korczyński wykwintnie urządzić i cały stary dom swój rodzinny
otoczyć zbytkiem kwiecistych kobierców i aksamitnych trawników. Sam posiadał znawstwo roślin,
wynalazł sobie bardzo biegłego i również kosztownego ogrodnika. Przez dwa lata potem były istotnie w
Korczynie cudne trawniki i osobliwe kwiaty, szparagi zadziwiającej grubości, brzoskwinie i nawet
ananasy, ale po dwu latach jawnie i absolutnie okazała się niemożność utrzymania nadal tego
świetnego porządku rzeczy bez niebezpiecznego zaniedbania najważniejszych majątkowych potrzeb i
interesów. Kilka jeszcze podobnych zerknięć ku obłokom, a Benedykt Korczyński byłby do szczętu
zrujnowanym. Ale w naturze jego, zapalczywej skądinąd, istniała zdolność do powściągliwości.
Powściągnął się od wszelkiego wierzgania i rozdymania nozdrzy, a lekkie i pełne gracji kształty rumaka
powoli, stopniowo przelewały się w grubą i ponurą, ale w równym i cierpliwym stąpaniu swym
niezmordowaną postać wołu. Czy ta metamorfoza przyszła mu z łatwością? Nigdy z tym nie zwierzał się
przed nikim, a raczej przed jedną tylko osobą zwierzać się kiedyś chciał i próbował...
Dwanaście lat minęło było od owego osierocenia po braciach, majątkowego zubożenia i śmiertelnego
rozbicia się młodzieńczych jego ideałów, kiedy pewnego letniego wieczora Benedykt po obszernym
ogrodzie korczyńskim szukał swej żony. Resztki dziennego światła padały mu na twarz opaloną od
słońca i błyszczącą od potu; szedł prędko i szerokimi krokami; gruby i do czerwoności ogorzały kark
nisko pochylał. Coś go dręczyło, bo koniec długiego wąsa do ust. wkładał i w zamyśleniu zębami go
przygryzał. Po długim szukaniu i kilkakrotnym wołaniu usłyszał na koniec ożywający się w głębi
cienistej altany łagodny i srebrny głos żony. Altana z przezroczystej kraty wdzięcznie zbudowana i
pachnącym kapryfolium gęsto opleciona była jedną z nielicznych pozostałości owych ogrodowych
upiększeń, które przed ożenieniem się swym przedsięwziął był Benedykt. Teraz dość było jednego rzutu
oka, aby poznać, że myśli o jakichkolwiek ulepszeniach estetycznych na tysiąc mil oddalonymi od niego
były. Wszedłszy do altany Benedykt po kilkakroć ucałował rękę i czoło żony i obok niej usiadł. Aadna,
trzydziestoletnia brunetka w białym negliżu, w postawie objawiającej znudzenie i znużenie, siedziała na
wygodnej ogrodowej ławce i poduszkę mając za plecami ślicznie obute stopy na niskim stołeczku
wyciągała. Na kolanach jej leżała otwarta książka. Wejście męża nie ożywiło jej zasępionych rysów;
uchyliła się nieco, aby twarz swą odsunąć od głośnego i gorącego jego oddechu.
- Takem się zmęczył, moja Emilciu - zaczął - że już trochę odpocząć muszę. Niech tam sobie ekonom i
robotnicy poczekają, a ja kwadransik przy tobie posiedzę... Uf! te żniwa! nim je człowiek przebędzie,
sto upałów go spali i sto strachów po nim przejdzie...
- Ja także z cicha odparła kobieta - czuję się bardzo zmęczona upałem.
- Ale co tam ten upał! - ręką po spoconym czole przesuwając ciągnął Benedykt - fizyczną przykrość
każdy znieść może, jeśli jest przy tym spokój...
- A cóż cię znowu tak bardzo niepokoić może?- z ledwie dosłyszalną ironią zapytała żona.
- Hm! zawsze mię o to pytasz, zawsze ci wszystko opowiadam i zawsze pytasz znowu...
- Tak niezdolną jestem do zrozumienia i zapamiętania wszystkich twoich kłopotów i interesów...
Z większym niż przedtem znużeniem przechyliła się na poręcz ławki i wygodniej drobne swe stopy na
podnóżku ułożyła.
- Jednakże - z trochę irytacji w głosie zaczął znowu Benedykt - rzeczy te są bardzo zrozumiałe i do
zapamiętania łatwe... Do końca życia chyba nie zapomnę, w jakim byłem strachu, kiedy przeszłej
jesieni z powodu złych zbiorów nie mogłem na czas zapłacić bankowej raty... Wszakże już Korczyn
opisywać miano i ledwie nieledwie dostawszy pieniędzy piorunem z nimi do Wilna leciałem. Całą
przeszłoroczną jesień biłem się jak ryba w wodzie... Nie daj Boże takiej drugiej jesieni...
Pani Emilia smutnie wstrząsnęła głową.
- Mnie także zeszłoroczna jesień wcale niewesoło przeszła. Chorowałam na zapalenie oskrzeli... i sama
w domu byłam... jak pustelnica...
Benedykt rękę żony pocałował.
- Bieda z twoim złym zdrowiem! Prawda, że dwa miesiące prawie nie byłem w domu, a przez ten czas
ty kilka dni chorowałaś obłożnie... Ale przecież sama nie byłaś! Miałaś przy sobie pannę Teresę, Martę
Justynkę, dzieci... a nawet - dodał z uśmiechem - pan Ignacy mógł cię muzyką swoją rozrywać... Jakaż
to pustynia?
- Ja ciągle żyję na pustyni - szepnęła kobieta.
- Oj! - krzyknął prawie mężczyzna - bodaj, że lepiej byłoby żyć na pustyni, jak wśród okoliczności
takich, z jakimi ja ciągle ubijać się muszę. Ile mnie kosztuje na przykład to ciągłe prawowanie się z
chłopami! Człowiek przecież nie urodził się na tyrana i ludożercę... Kiedyś mi do tego naszego ludu
serce młotem biło. Ale cóż? Ciemnota to jest, a ja na to nic nie poradzę. Las mi rąbią, zboże spasają,
na pastwiska włażą... Czyż mogę własności swojej nie bronić? Gdybym magnatem był, jak Boga
kocham, nie dochodziłbym niczego i niechbym tam już mniej miał, byle tych sporów nie zawodzić... Ale
samemu ciężko... Tu załatasz, tam dziura; tu zszyjesz, tam się rozporze - i Bóg jeszcze wie, co z nami
będzie Więc muszę, chcąc nie chcąc, włóczyć ich po sądach... a zawsze, dalibóg, we środku mi coś aż
płacze...
Niżej jeszcze pochylił grubego karka, a wielkie wąsy tak mu w dół zwisły, że klap surduta prawie
dotykały. Dłonie o kolana opierał i w ziemię patrzał. Pani Emilia wzniesionym wzrokiem ścigając ruchy
gałązek, z którymi wietrzyk jesienny igrał, szepnęła:
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ebook @ pobieranie @ pdf @ do ÂściÂągnięcia @ download
Wątki
- Home
- Glen Cook Black Company 03 White_Rose
- 12 Wrzosy (KsićÂśźna)
- Bauer Ewa KruchośÂć jutra(1)
- Sinclair Tracy Wielka wygrana
- Brooks, Terry Landover 02 The Black Unicorn
- Lee, Sharon & Miller, Steve Liaden 7 Scout's Progress
- GRD1023.Maynard_Janice_Zar_uczuc
- Daria Doncowa Zupa ze zśÂotej rybki
- J.R.R. Tolkien The Unfinished Tales Of M
- Campbell_Judy_Kawaler_do_wiecia
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- ministranci-w.xlx.pl
Cytat
Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
Dies diem doces - dzień uczy dzień.