Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Zwietnie. Czy siedzicie przy stole Henrietty?
- Tak, wyraznie to podkreślił. - Kelley zawahała się. -
Czy nie wiesz, kto będzie oprócz nas?
- Zastanówmy się. Przy stole mieści się osiem osób.
Jesteś ty z Kurtem, ja z Nilesem i Henrietta. To pięcioro -
albo sześcioro, jeśli ona sobie kogoś dobierze. Jeszcze
jedna para to będzie prawdopodobnie któraś z pań z
towarzystwa dobroczynnego wraz z mężem.
- Erich sporo współpracował z Henriettą. Czy on też ma
być honorowym gościem?
- Tym razem nie. - Emmy nie dała się zwieść pozornej
swobodzie Kelley. Wprawdzie było jej żal przyjaciółki,
lecz uznała za konieczne pozbawić ją nadziei. - Erich jak
ognia unika wszelkich odznaczeń i zaszczytów. Nie cierpi
ceremonialnych okazji. Obawiam się, że nie przyjdzie na
bal. Przykro mi.
- Ależ dlaczego? Kamień spadł mi z serca. Nie będę
musiała się martwić, że Kurt z Erichem skoczą sobie do
gardeł. Nie wiem, który z nich jest bardziej dziecinny, ale
mam obu po dziurki w nosie.
- Wcale ci się nie dziwię - dyplomatycznie orzekła
Emmy. - Powinnaś poznać kogoś nowego.
- Absolutnie nie mam ochoty. Przypuszczam, że
niedługo wyjadę.
- Skąd ten pośpiech? Praca dopiero się zaczyna.
- Sama sobie poradzisz. Ja muszę wracać do kraju i
zająć się werbowaniem klientów.
- Kiedy wrócisz?
- Nie wiem. Naprawdę nie jestem ci tutaj potrzebna.
Mam zadanie do spełnienia w Ameryce.
- A co z naszymi planami dalszych przeróbek? -
zaprotestowała Emmy. - I nawiązania współpracy z
tutejszymi biurami podróży?
- Najpierw zrealizujemy nasz projekt - odparła Kelley.
Może do tej pory na tyle ochłonie, aby móc przebywać w
tym samym mieście co Erich. Ten ból musi z czasem
ustąpić.
Kelley miała zamiar włożyć suknię, którą kupiła na
swój pierwszy występ. Jakże wydawał się odległy i jaka
była wówczas promienna i pełna nadziei. Wydawało się, że
spełniają się wszystkie jej marzenia. Kopciuszek poszedł na
bal i spotkał księcia, który był wspanialszy od królewicza.
Delikatna won perfum przywiodła jej na myśl
wzruszenia tamtego wieczoru, wspomnienie walca, którego
tańczyła z Erichem, jego twarzy nad nią pochylonej. Tak
gwałtownie powiesiła suknię z powrotem do szafy, że
potrąciła sąsiedni wieszak. Zsunęła się z niego inna
sukienka i ułożyła na podłodze w błyszczący zwój
materiału.
Kelley pochyliła się i podniosła srebrną suknię, którą
Erich kupił jej w Budapeszcie. Jeszcze nie miała okazji jej
włożyć. Posmutniała wspominając, jaka był wówczas
szczęśliwa, jak ufna.
Czy powinna mu ją odesłać, skoro nie była noszona?
Nie, jeszcze mógłby pomyśleć, że szuka pretekstu, aby
nawiązać z nim kontakt. Albo przypomnieć mu o
szalonym, wspólnym tygodniu.
W końcu to tylko łaszek, pomyślała. Włoży tę sukienkę
na dzisiejszy bal. Okaże w ten sposób, że jej nie zależy.
Kurt tak głośno wyraził zachwyt na widok Kelley, że
czuła się zażenowana.
- Wyglądasz olśniewająco! - wykrzyknął i zaczął
ją dokładnie oglądać. - Co za fantastyczna kreacja! Kupiłaś
ją sama?
- Tak - odpowiedziała po chwili wahania.
Jego oczy prześliznęły się po jej długich nogach
obleczonych w błyszczące pończochy i zatrzymały na
srebrnych pantoflach na wysokich obcasach.
- Wzbudzisz sensację - stwierdził.
- Mam nadzieję, że nie.
Kiedy szli razem do wyjścia. Kurt zauważył
wyrafinowany dekolt i znów zaczął się zachwycać. Kelley
pożałowała swego wyboru. Każdy komplement był jak
jątrzenie rany.
- To tylko sukienka, Kurt - upomniała go. - Nie
ekscytuj się tak.
- Chciałem tylko okazać swój podziw - rzekł
obrażonym głosem. - Cokolwiek powiem, jest zle.
Stłumiła westchnienie pocieszając się myślą, że musi
go znosić ostatni raz.
- Przepraszam. Jestem dziś trochę rozdrażniona.
- Po kieliszku szampana odprężysz się.
- Nie wiem, czy wystarczyłaby nawet wielka butla
- odparła z gorzkim uśmiechem.
Zdaniem Kelley ten bal nie różnił się specjalnie od
poprzedniego, ale miło było znów zobaczyć Henriettę.
- Miałam nadzieję, że Heinrich jednak dziś się
poświęci, skoro to twój uroczysty dzień. - Kelley wskazała
na puste krzesło.
- On nie jest skłonny do poświęceń. Za to obiecał, że
nazwie moim imieniem żółtą różę.
- To trwalszy hołd - uśmiechnęła się Kelley.
- Też tak myślę, ale dziś wolałabym męskie
towarzystwo. Miałby się z pyszna, gdybym się wdała w
romans z jakimś młodym przystojniakiem.
- Gdybyś znalazła kogoś takiego, spytaj, czy ma dla
mnie przyjaciela - powiedziała Kelley i wybuchnęła
śmiechem, tak nieprawdopodobny wydał jej się pomysł
Henrietty.
Starsza kobieta spojrzała na twarz młodszej. Kelley
miała na powiekach fioletowe cienie podkreślające kolor
jej oczu, gęste czarne rzęsy pociągnęła tuszem. Ciemne,
jedwabiste włosy luzno opadały na ramiona tworząc
efektowną oprawę dla delikatnych rysów twarzy i
nieskazitelnej cery.
- Nie sądzę, żebyś potrzebowała mojej pomocy w
znalezieniu adoratora - zauważyła Henrietta.
- Rozglądam się za mężczyzną podobnym do Heinricha,
ale ci z klasą już od dawna nie są wolni - rzuciła lekko
Kelley.
- A może nie potrafisz się poznać na takim z klasą?
- wypaliła Henrietta. - Mogłabym udawać, że nie
wiem, co się dzieje, ale lubię grać w otwarte karty. Co się
wydarzyło między tobą i Erichem?
- Nie wiem, o czym mówisz - nastroszyła się
Kelley.
- Z Erichem nic mnie nie łączy.
- Bzdura. Macie bzika na swoim punkcie. Każdy to
widzi. Nie wiem, o co się pokłóciliście, ale byłabyś
niemądra, gdybyś dała za wygraną.
- Na jakiej podstawie uważasz, że jedna kobieta
potrafiłaby go przy sobie zatrzymać? - spytała Kelley.
- Nie jestem ślepa, dziewczyno! Mógłby mieć każdą
kobietę, która mu się podoba, a on lata za tobą jak
ogłupiały psiak. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.