Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

** Boot Hill  nazwa pochodzi od kowboja, którego pochowano w butach.
 Założę się, że nie potrafisz szybko wypowiedzieć tej nazwy pięć razy z rzędu.
 O dolara?
 Stoi.
 Pottawatomie, Pottawatomie, Pottawatomie, Pottawatomie, Pottawatomie!  Powiedział,
tracąc oddech przy ostatnim wyrazie.  Jesteś mi winien dolca.
 Dopisz do mojego rachunku  odparł Doyle.
Znów czuł się lekko, swobodnie i dobrze, teraz, gdy podróż zaczęła rozwijać się tak, jak sobie
zaplanowali.
 Czy wiesz, kto jeszcze pochodził z Kansas?
 Kto?
 Carry Nation  odparł Colin chichocząc.  Kobieta, która biegała po saloonach z siekierą
i rozbijała je.
Minęli kolejny elewator umieszczony na końcu długiej i prostej drogi o asfaltowej
nawierzchni.
 Gdzie się tego wszystkiego nauczyłeś?  spytał Doyle.
 Po prostu dowiedziałem się  powiedział Colin.  Trochę tu, trochę tam.
Od czasu do czasu mijali pola leżące odłogiem, ciemnobrązowe połacie ziemi, niczym
starannie rozpostarte obrusy. Po jednym z nich krążył wir powietrzny, wciągając kurz do wnętrza
wąskiej kolumny świszczącego, wiosennego powietrza.
 Tutaj mieszkała także Dorotka  powiedział Colin, obserwując wir.
 Jaka Dorotka?
 Dziewczynka z  Czarnoksiężnika z krainy Oz . Pamiętasz jak zaniosło ją do Oz potężne
tornado?
Alex miał właśnie odpowiedzieć, gdy przeraził go ogłuszający ryk klaksonu, dochodzący
bezpośrednio z tyłu. Spojrzał w lusterko i syknął widząc furgonetkę chevroleta. Znajdowała się
nie dalej niż sześć stóp od ich tylnego zderzaka. Niewidoczny kierowca walił dłonią w obręcz
klaksonu przy kierownicy: biip, bip, bip, bip, bip, biiiip!
Doyle spojrzał na szybkościomierz i stwierdził, że przekraczają siedemdziesiątkę. Gdyby
odgłos klaksonu zaskoczył go do tego stopnia, że wcisnąłby pedał hamulca, chevrolet
staranowałby ich. Byliby martwi.
 Głupi sukinsyn  powiedział.
Bip, biiiiiiiiiip, biiiiiip...
 Czy to on?  spytał Colin.
 Tak.
Furgonetka podjechała do nich tak blisko, że Doyle nie był nawet w stanie dostrzec jej
zderzaka, czy dolnej części atrapy.
 Dlaczego trąbi?  spytał Colin.
 Nie wiem... Chyba chce się upewnić, że wiemy o jego powrocie.
8
Klakson furgonetki zawodził monotonny tren.
 Sądzisz, że chce, byś się zatrzymał?  spytał Colin, ściskając swymi delikatnymi dłońmi
kolana i wychylając się do przodu, jak gdyby przytłoczony napięciem.
 Nie wiem.
 Zatrzymasz się?
 Nie.
Colin skinął głową.
 To dobrze. Chyba nie powinniśmy się zatrzymywać. Myślę, że powinniśmy jechać nie
oglądając się na nic.
Doyle spodziewał się, że nieznajomy lada moment przestanie trąbić i wycofa się na swą
ulubioną odległość jednej czwartej mili. Trzymał się jednak blisko, tylko trzy stopy od ich
bagażnika, pędząc z prędkością siedemdziesięciu mil na godzinę z wyjącym klaksonem.
Choć nie było wiadomo, czy człowiek w chevrolecie jest tak niebezpieczny jak Charles
Manson czy Richard Speck, to z pewnością był niezrównoważony. Czerpał jakąś przyjemność z
terroryzowania ludzi absolutnie mu nieznanych, a to już znacznie odbiegało od normy. Doyle
wiedział, lepiej niż kiedykolwiek, że nie chciałby spotkać się z tym człowiekiem twarzą w twarz i
poznać granice jego szaleństwa.
Bip, biiiiiip, biiiiiip...
 Co możemy zrobić?  spytał chłopiec.
Doyle spojrzał na niego.
 Pas zapięty?
 Oczywiście.
 Znów zostawimy go w tyle.
 I dojedziemy do Denver bocznymi drogami?
 Owszem.
 Znajdzie nas jutro, gdy będziemy wyjeżdżać z Denver do Salt Lake City.
 Nie znajdzie  stwierdził Doyle.
 Skąd ta pewność?
 Nie jest jasnowidzem  powiedział Doyle.  Miał szczęście, to wszystko. Zatrzymywał
się przypadkowo w okolicy, w której i my się zatrzymywaliśmy każdej nocy i, równie
przypadkowo, wyruszał w drogę mniej więcej o tej samej godzinie co my, każdego ranka. To, że
ciągle nas spotyka, jest czystym przypadkiem.  Wiedział, że to jedyne racjonalne wyjaśnienie,
choć bardzo wątpliwe, jedyne względnie sensowne wytłumaczenie. A jednak nie wierzył w ani
jedno swoje słowo.  W gazetach możesz przeczytać o bardziej nieprawdopodobnych zbiegach
okoliczności. Dzień w dzień.  Mówił teraz tylko po to, żeby uspokoić chłopca. Ten stary,
znajomy i znienawidzony strach powrócił i Doyle wiedział, że dopóki nie dotrą bezpiecznie do
San Francisco, on też nie odzyska spokoju.
Wcisnął pedał gazu.
Thunderbird wystrzelił do przodu, tworząc szczelinę między obydwoma wozami. Dystans
powiększył się gwałtownie, choć bagażówka też przyspieszyła.
 Nadłożysz mnóstwo drogi, jeśli teraz zawrócimy  powiedział chłopiec, a w jego głosie
wyczuwało się niepokój.
 Niekoniecznie. Możemy skręcić na północ i znów zjechać na trasę trzydzieści sześć
powiedział Doyle, obserwując w lusterku malejącą furgonetkę.  To niezła droga.
 To jednak kilka dodatkowych godzin jazdy. Wczoraj byłeś naprawdę zmęczony, gdy
przyjechaliśmy do motelu.
 Nic mi nie będzie  powiedział Doyle.  Nie martw się o mnie.
Dojechali trasą siedemdziesiąt siedem do trasy trzydzieści sześć i podążyli na zachód
przecinając północną część stanu.
Colin przestał darzyć sympatią pola, elewatory zbożowe, szyby wiertnicze i wiry powietrzne.
Ledwie raczył spojrzeć na krajobraz. Wepchnął koszulkę w spodnie i wygładził ją, wybił rytm na
kościstych kolanach, oczyścił grube szkła i jeszcze raz wygładził koszulkę. Minuty wlokły się jak
ślimaki. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.