Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

najmniejszych nie należały. Ani do szelestów.
Straciłem nadzieję. W głowie huczało mi jeszcze od wystrzału, kiedy usłyszałem
pospieszne kroki, niespokojne nawoływania. Pazur wyrwał się i znów wymierzył we mnie
pistolet. Nie poruszyłem się. Dołączył do niego z tuzin uzbrojonych facetów.
Przybyli ze wszystkich stron. Nigdy nie widziałem tych ludzi, chyba że to oni kręcili
się w nocy przy barce. Wszyscy całkiem ubrani. Może spali w ciuchach. Może nie sypiali
nigdy. Pazur potarł szyję. Oczy płonęły mu żądzą mordu, a ja nie musiałem pytać, kogo chce
mordować i dlaczego.
- Psszepraszab, Nig - jęknął Tim. - Naprawdę nie bogłeb. Nie Szkarładnym Pafiem.
- Gratulacje, Tim - wymamrotałem. - Może wsypią do niego twoje prochy.
Chyba nie zabrzmiało to zbyt sympatycznie. Ale miałem niezbyt sympatyczny humor.
Tim wbił wzrok w wazę i odstawił ją na stół. Krąg mężczyzn rozstąpił się, kiedy wszedł
Johnny ze swoją matką, oboje w szlafrokach. Z głowy Mamuśki Powers sterczały papiloty.
Już miałem wybuchnąć śmiechem, ale coś mi powiedziało, że byłby to ostatni dzwięk w
moim życiu.
- Przylazłeś tu za mną! - warknął Powers - Ty brudny, śmierdzący dwulicowy
szczurze!
- Chyba już mnie nie lubisz - zabełkotałem.
- Owszem, nie lubię. Myślałem, że jesteś moim przyjacielem. A ty przez cały czas
pracowałeś dla glin.
Trząsł się z wściekłości. Twarz mu zbielała, oczy płonęły szaleństwem.
- Nienawidzę glin - ciągnął. - Gdyby to zależało ode mnie, zabiłbym was obu. Powoli.
- Czemu tego nie zrobisz? - zapytała ostro Mamuśka.
- Bo Parkan chce ich widzieć. Powers zerknął na Pazura.
- Wszystko OK? - zapytał.
- Jasne, Johnny - wychrypiał Pazur. Głos ugrzązł mu gdzieś w niższych rejonach
gardła. Odkaszlnął. - Znalazłem ich z tą wazą.
- Wazą? - Powers potrząsnął głową bez zainteresowania. - Mają być związani i
zamknięci. Parkan przyjdzie tu jutro. Wtedy z nimi skończymy.
Na znak Pazura ruszyło na nas czterech ludzi. Nawet nie próbowaliśmy walczyć.
Zawlekli nas na sam koniec galerii. Przeszliśmy wąskim korytarzykiem obok jakiejś
maszyny, wentylatora i tablicy z bezpiecznikami. Po drugiej stronie zobaczyłem żelazny
płotek zagradzający coś jakby podziemny parking. Dotarliśmy do drzwi. Wepchnęli nas do
małego pokoju.
Jeden z mężczyzn wyjął kawał sznura. Zawsze myślałem, że Pazur jako podwładny
Powersa ma zupełnie związane ręce, ale już po kilku minutach śmiało mogliśmy z nim
konkurować. Nasze kostki, kolana, nadgarstki, ręce... gość nie pominął nawet jednego
mięśnia. W końcu usadowił nas plecami do ściany. I nie zanosiło się na to, żebyśmy mieli się
stamtąd ruszyć.
Kiedy faceci wyszli, zjawił się Powers. Patrzył na nas z perfidnym uśmiechem
satysfakcji. Nadal miał brzydkie oczka.
- Johnny... - zacząłem. Chciałem przypomnieć mu czasy Strangeday Hall, jak
zostaliśmy przyjaciółmi i jak uratowałem mu życie. Ale to nie przełamałoby lodów. Ten facet
miał lód zamiast krwi.
- Oszczędzaj siły, Diament - przerwał mi. - Będziesz ich potrzebował, kiedy przyjdzie
tu Parkan.
- Kto to jest? - zapytałem. Nic mi to już nie dawało, ale nadal chciałem wiedzieć.
- Dowiesz się w swoim czasie. - Powers uśmiechnął się nieprzyjemnie.
- Niezły lokal - powiedziałem. Pokiwał głową.
- Siedzisz teraz sto metrów pod Tamizą. Płynie dokładnie nad tobą.
- Parkan to zbudował?
- Nie. Zrobił to jakiś facet, Brunei, sto lat temu. Nikt oprócz Parkana o tym nie
wiedział. Były dwa tunele. Ten zbudowali najpierw, ale zaczęły się jakieś problemy. Coś z
wapieniem. No więc zaczęli jeszcze raz, trochę wyżej. Parkan znalazł ten stary tunel i
zaadaptował go - przerwał i łypnął na mnie. - Ale po co ja tracę czas? Jutro i tak dowiesz się
tego od Parkana.
Ukląkł i ścisnął mi twarz żelazną ręką. Czułem, jak jego palce wbijają mi się w
policzki.
- Parkan już sobie z tobą poradzi - szepnął. Potem roześmiał się wysokim, wibrującym
śmiechem. - Może coś zostanie dla mnie. Pożałujesz, żeś kiedykolwiek o mnie słyszał,
Diament. A jak będę z tobą kończył, pożałujesz, że się w ogóle urodziłeś.
Obrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju. Trzasnęły drzwi, w zamku przekręcił się
klucz, ktoś zasunął dwa rygle. Potem nastała cisza.
Siedzieliśmy związani, zakneblowani i zamknięci. Ale było coś, czego nikt nie
zauważył: plecak, który zdarli mi z ramienia i rzucili w kąt. Nikt go nie otworzył. W środku
nadal tkwiła bomba.
Pod wodą
Ostatni raz związano mnie w jednym pokoju z asystentką eskapologa, Lauren Bacardi.
Spędziliśmy ze sobą sporo czasu, więc Lauren pokazała mi jedną czy dwie sztuczki. To nie
znaczy, że jestem jakiś Houdini, ale czegoś się nauczyłem. Na przykład kiedy Pazur i inni
owijali mnie drutem, przez cały czas napinałem mięśnie. Teraz mogłem je rozluznić. Efekt
nie był porażający, ale przynajmniej dobrze się bawiłem.
I jeszcze coś. Wprawdzie wyschłem już po kąpieli w Tamizie, ale cały świeciłem się
od ropy czy oleju. Jeszcze niedawno narzekałem, że w wodzie pływają różne świństwa. Teraz
się z tego cieszyłem. Moją skórę pokrywała śliska powłoka, dzięki której łatwiej mogłem
wydostać się ze sznurów. Aatwiej, ale nie bez trudu. To musiało trochę potrwać. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.