Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Tak, on też. W tej chwili rozmontowuje kilka robotów.
- Robotów? - spytała Carla po chwili namysłu. - Du-
żych?
- I parę maluchów.
- Wiedziałam, że powinnam sprawdzić z tobą ten dom. -
W głosie Carli rozdrażnienie walczyło z troską. - Wygląda
raczej na dom wariatów. Kiedy nauczysz się odmawiać?
Obie dobrze wiedziały, że to pytanie nie dotyczy tylko
domu Eliego.
- W przyszłym tygodniu - obiecała Libby, marszcząc
nos.
- Dobrze - odparła surowo Carla. - Czy coś jeszcze biega
po domu tego zwariowanego wynalazcy?
- Wystarczą ci automatyczne spłuczki? Albo samodzielnie
podlewające się rośliny? A może elektryczny ekspres, w któ-
rym zawsze jest świeża kawa?
- Zawsze świeża kawa? - spytała z podziwem Carla. -
A dobra?
- Nigdy nie piłam lepszej.
- Stanowczo przyjdę to obejrzeć. A, przy okazji muszę ci
powiedzieć, że dzwonił twój ulubieniec z agencji reklamowej.
- Jason?- jęknęła.
- W rzeczy samej. Pan Trent wciąż próbuje cię sondować.
Biedaczysko tkwi po uszy w jakiejś robocie, a bez ciebie uto-
nie jak kamień. I nie ma w pobliżu żadnej kamizelki ratun-
kowej.
- Nie podałaś mu chyba mojego obecnego numeru, co?
S
R
- Nie. Powiedziałam, żeby się odczepił. - Carla westchnę-
ła. - Szczerze mówiąc, powiedziałam, że jesteś bardzo zajęta
swoją świetnie rozwijającą się firmą i pewnie nie pamiętasz,
czym zajmowałaś się w agencji, więc nie możesz mu pomóc.
- Taktownie, co?
- Ostatnio jestem uosobieniem taktu. Nigdy nie wiadomo,
kto będzie szukał chętnych do pilnowania domu. No dobrze,
muszę zająć się pracą. Uważaj na siebie, mała. Matt Flint to
trudny przeciwnik, a jeśli mu na tobie zależy, będziesz miała
problemy.
S
R
ROZDZIAA CZWARTY
Póznym popołudniem Matt stanął w otwartych drzwiach
salonu Eliego. Libby uniosła głowę znad czasopisma, a serce
w niej zamarło, gdy zobaczyła, co trzyma w ręku. Zarzucił na
ramię swoją wytartą torbę tak, jakby była workiem cukru.
Matt powiedział jej kiedyś, że jest wygodniejsza niż wa-
lizka, więc wszędzie ją ze sobą zabiera, Kiedy przeprowadzał
się do niej, miał w niej ubranie i mnóstwo różnych drobiaz-
gów. Gdy odchodził, wepchnął to wszystko z powrotem do
swojej torby.
A teraz wyglądało na to, że Matt znowu się wynosi.
- Matt! - Poderwała się na równe nogi i podbiegła do
drzwi.
Nie jestem rozczarowana, przekonywała samą siebie. Ani
oburzona. Ani wściekła. Absolutnie. Nawet jeśli Matt zacho-
wuje się jak tchórzliwy renegat z jakiegoś starego filmu o
piratach.
Powiedział, że zostanie. Do licha, powiedział, że będzie tu
mieszkał aż do powrotu Eliego. A ona mu uwierzyła.
Znowu.
- Wołałaś mnie? - Minął ją w drzwiach i wszedł do po-
koju. Nie potrafił ukryć rozbawienia. - Co się dzieje?
Ależ nic, pomyślała, z trudem się opanowując. Po pro-
stu drobiazg, chodzi o zdradę i bezczelne kłamstwa. Nie ma
o czym mówić.
- Dokąd idziesz? - wykrztusiła wreszcie, zaciskając palce
na czasopiśmie, żeby nie rzucić mu się do gardła.
- Idę?
S
R
Matt zawahał się, pochylił głowę i spojrzał na nią, reagując
nie tyle na pytanie, co na ton głosu Libby. Zamiast oburzenia,
którego się spodziewał, dostrzegł w nim odcień paniki.
- Tym korytarzem. - Skinął głową w stronę jej sypialni.
Zmrużył oczy i czekał na reakcj ę.
- Aha! - Libby była wyraznie zaskoczona.
Rozbawiony jej zmieszaniem, zaczął się z nią drażnić.
- Czy coś jeszcze?
- A dokąd pójdziesz tym korytarzem? - spytała ostrożnie,
lecz spokojnie. -I po co?
Najpierw udzielił odpowiedzi na drugie pytanie.
- Ponieważ teraz, kiedy wyeliminowałem ten dziwaczny
system bezpieczeństwa Eliego w tej części domu, chcę cię
słyszeć, gdybyś potrzebowała pomocy. - Oczekiwał słów pro-
testu, a kiedy ich nie usłyszał, dodał: - A dokąd? Do pokoju
sąsiadującego z twoim.
- Aha! - mruknęła, unikając jego spojrzenia.
- Czy coś jeszcze? Masz jakiś problem?
Libby pokręciła głową.
- Nie. Ale sądzę, że możemy mieć kłopoty. Czy zauwa-
żyłeś coś niezwykłego w ścianach?
Matt poruszył ramieniem, by przesunąć nieco pasek uci-
skającej go torby.
- W ścianach? - Rozejrzał się. - Wydają się całkiem zwy-
czajne. %7ładnych pęknięć, żadnych mokrych plam. Nic, na co
właściciel mógłby narzekać.
- Chodzi mi o kolor.
- Są żółte. - Wzruszył ramionami. - Kolor jak każdy.
- Iw tym właśnie jest problem. Kiedy tu weszłam parę
minut temu, były zielone.
- Jesteś pewna?
Spojrzała na niego z oburzeniem.
- Tak. Były zielone. Jestem tego całkiem pewna.
S
R
- To niemożliwe. Zciany nie zmieniają koloru ot tak sobie.
- Rozejrzał się wokół. Były zdecydowanie żółte. - Jak mo-
głyby&
- Nocą ścigał cię robot w zbroi z maczugą, a ty jeszcze py-
tasz? A jak kwiaty same się podlewają? W jaki sposób w eks-
presie wciąż jest świeżo zaparzona kawa? - Libby przeszła
przez pokój i stanęła przed Mattem. - Eli Trueblood, oto od-
powiedz.
Matt postawił torbę na podłodze i podszedł do ściany.
- Masz rację. Choć problem jest ciekawy, pytanie brzmi:
po co. Dlaczego ktoś miałby się męczyć zmienianiem kolorów
ścian w swoim domu?
Wciąż studiował gipsową powierzchnię, gdy nagle coś cie-
płego oparło się jego nogę.
- Cześć, Sam. - Podrapał psa za uszami i uśmiechnął się,
kiedy zwierzę sapnęło z zadowoleniem.
Ale uśmiech zniknął, gdy pies zesztywniał i odsunął się
nagle. Matt wiedział, co zobaczy, zanim jeszcze spuścił
wzrok. Sam stał na sztywnych nogach, wpatrywał się w ścianę
i odsłaniał zęby, cicho warcząc.
Libby podeszła bliżej. Serce biło jej mocno.
- O Boże, znowu coś się dzieje. - A potem zduszonym
głosem dodała: - A teraz ściany robią się niebieskie.
Matt zerknął na ściany, potem przyjrzał się Samowi, od-
czekał, aż pies zaskomli i zdziwiony cofnie się o krok. Zarzu-
cił sobie torbę na ramię i wyciągnął rękę do Libby.
- Chodz, wynieśmy się stąd.
- To mi się nie podoba, Matt. Ani trochę. Czy to cię nie
denerwuje?
Chwyciła go za rękę i poszła z nim w stronę drzwi. W zdu-
mieniu otworzyła oczy, kiedy ściana wolno się zaróżowiła.
Sam maszerował za nimi. Zatrzymał się na moment, by po-
dejrzliwym wzrokiem zmierzyć przeciwną ścianę, po czym
wybiegł na korytarz.
S
R
- Denerwuje? - Matt pokręcił głową. - Nie. Po prostu
zaciekawia. Wrócę i sprawdzę to, gdy tylko odprowadzę cię
do gabinetu. - Otworzył drzwi do pokoju obok jej sypialni, [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.