Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

szczęśliwa? Ze zdziwieniem stwierdziła, że nigdy nie stawiała sobie
takich pytań.
- A czy wysłałaś teczkę z projektami? Kontaktowałaś się z tym
specjalistą od statków i młynów zbożowych?
- Nie... Jeszcze nie. - Wstydziła się przyznać, że po prostu
straciła nadzieję. Pomyślała teraz, że w zasadzie mogłaby
przynajmniej zadzwonić do George'a i nawet nie zauważyła, że Mark
zmienił temat rozmowy.
Tego wieczora dzwoniła Lynn. Ktoś kupił koronkową suknię!
- Jakaś blondynka, która nigdy wcześniej tu nie przychodziła.
Wzięła ją z miejsca. Nawet się nie targowała o cenę! - krzyczała do
słuchawki.
Sześćset dolarów! Wzięła ją z miejsca! Nie targowała się o sześćset
dolarów! Może rzeczywiście... Natychmiast zadzwoniła do George'a.
54
SM
Joanne powiedziała, że wyjechał i że jak tylko wróci, to do niej
zadzwoni. Wzięła do ręki teczkę z projektami i zaczęła je przeglądać,
przekładać, porównywać. Może...?
W niedzielę wczesnym rankiem zadzwonił Mark.
- Muszę ci coś powiedzieć - mówiła zaaferowana Cice-ly. -
Pamiętasz tę koronkową sukienkę? Sprzedana! Za sześćset dolarów!
- Naprawdę? No, no, no... I pomyśl tylko, sprzedana w sklepie o
nazwie  Butik". Wyobraz sobie tylko, ile by była warta w paryskim
salonie.
- Jesteś niemożliwy - roześmiała się, ale teraz rzeczywiście
łatwiej mogła sobie wyobrazić ubrania z naszywką CICELY na
półkach sklepowych całego świata.
- Cicely Roberts, powiedz mi, jakie rozrywki lubisz najbardziej?
- Rozrywki? - Trudno jej było znalezć odpowiedz. -Na przykład
lubię czytać.
- To ciekawe, ale potrzebujesz też, kochanie, trochę się
rozruszać.
- Właśnie to robię - zachichotała. - Akurat miałam zamiar pielić
chwasty. Grządki z kwiatami trochę zarosły i...
- Niezłe. Ale ja myślałem o czymś ciekawszym. Grasz może w
tenisa?
- O, tak! Kiedyś grałam bardzo często... - powiedziała z
entuzjazmem. -Jeszcze kiedy mój ojciec żył...
- Dobra, to wpadnę po ciebie za pół godziny.
- Ale nie wiem, czy będę mogła.
- Nie ma czasu na namowy i wykręty, Cicely. Jesteśmy umówieni
na debla, na dziesiątą. Na razie! Cześć!
Klub tenisowy, do którego pojechali, był dużo większy i bardziej
elegancki niż ten, w którym Cicely grała kiedyś z ojcem. Tutaj oprócz
dwunastu kortów były też pola golfowe, a także pełnowymiarowy
basen. Cicely ubrana była w klasyczny strój tenisowy, wyciągnięty
gdzieś z dna szafy na tę okazję. Choć był czysty, śnieżnobiały, a
nawet starannie wyprasowany, czuła się nieswojo. Wszyscy
pozostali mieli na sobie modne, różnobarwne stroje sportowe albo
55
SM
kostiumy kąpielowe, a na nogach najnowsze modele adidasów. Tylko
ona była w starych, zwykłych tenisówkach.
Na szerokim tarasie, który otaczał wielką świetlicę, było mnóstwo
ludzi. Wszyscy, którzy akurat w tym momencie nie grali albo nie
pływali, zbierali się właśnie tutaj. Mark, co chwila uśmiechając się do
kogoś i wymieniając pozdrowienia, prowadził ją do stolika, z którego
można było obserwować, co się dzieje na wszystkich kortach. Kiedy
wreszcie do niego doszli, zza stolika wstał wysoki, ciemnowłosy
mężczyzna, a siedząca obok blondynka uśmiechnęła się szeroko.
- To jest moja siostra, Liza, to jej mąż, Richard Hartfield. A to
Cicely Roberts - Mark przedstawił ją, odsunął jej krzesło i usiedli.
- Cześć, Cicely. Cieszę się, że mogłaś przyjść - powitał ją Richard.
- A ja mam nadzieję, że nie jesteś jakimś ekspertem i mistrzem
tenisa - dodała z uśmiechem Liza. Jej brytyjski akcent nie był tak
wyrazny jak u Marka. Słychać było, że już parę lat mieszkała w
Stanach. - Bo widzisz, chcielibyśmy z Richardem spuścić tęgie lanie
mojemu krnąbrnemu braciszkowi.
- Chyba będziecie mieli dobrą okazję, bo ja bardzo dawno nie
grałam - odpowiedziała i również się uśmiechnęła. Spostrzegła, że
Liza, kiedy się śmieje, ma identyczne dołki w policzkach jak Mark.
Była wprawdzie niższa od niego, miała jaśniejsze włosy, ale
przymglone, błyszczące oczy przesądzały o wszystkim - wykapana
siostra!
- Nieważne, czy się wygrywa, czy przegrywa... - zaczął Mark,
lecz Richard przerwał mu gwałtownie.
- Dopóki to ty wygrywasz, stary cwaniaku. No, ale gdybym ja też
tak sobie leżał przez cały tydzień, przewracając się tylko z boku na
bok i udając, że coś tam piszę...
- Przestań! - Liza żartobliwie wymierzyła mu klapsa. A może
wcale nie żartobliwie? - Na chleb i dach nad głową zarabia. W
zeszłym tygodniu był nawet z Donaldem u dentysty...
- A z twoim synkiem to nie była najprzyjemniejsza wycieczka -
dodał Mark. - Uważaj, co mówisz, Richard. Jeśli nadal mam być
waszym gościem, to... - przerwał widząc kelnera, który podszedł do
56
SM
ich stolika. - Chcesz jakiegoś drinka, kochanie? - spytał Cicely.
- Nie, dziękuję. Proszę tylko sok pomarańczowy. Oczywiście
czysty, bez szampana. I tak wiele wysiłku
kosztowało ją, żeby zachowywać się w miarę naturalnie. Nie było
to łatwe. Wokół słychać było rozmowy i śmiechy innych ludzi, Mark
spierał się ze szwagrem, a wszystkiemu towarzyszył
akompaniament odbijanej na kortach piłeczki. Znajomi Marka, Lizy i
Richarda dosiadali się do nich, zatrzymywali przy stoliku, a
wrodzona nieśmiałość Cicely coraz bardziej dawała o sobie znać.
Liza, bardzo grzecznie, większość uwag kierowała do niej, ale Cicely
wydawało się, że siostra Marka przygląda się jej zbyt badawczo, więc
była speszona jeszcze bardziej. Mark również próbował wciągnąć ją
do rozmowy. Jednak, mimo, że od czasu do czasu brał ją za rękę,
Cicely czuła się odrzucona. Jakieś kobiety w skąpych, wyzywających
strojach, śmiałych kostiumach kąpielowych, co chwila przystawały
obok niego i wyraznie próbowały go sobą zainteresować. Poufale
ciągnęły go za ucho, targały jego czuprynę i rzucały zaczepne uwagi
typu:  Słuchaj, wpadnij kiedyś do nas!", albo:  Obiecałeś, że
pomożesz mi poprawić mój bekhend. To jak? Kiedy mam przyjść?" [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.