Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

S
R
Odczekali kilka minut. W końcu Stephanie westchnęła
głęboko.
- Chyba jest zbyt zmęczona.
- Masz racjÄ™. CiÄ…gniemy dalej.
- Już po chwili cielaczek leżał w trawie. Gabe pochylał
siÄ™ nad nim, sprawdzajÄ…c oddech.
- Co się dzieje?! - krzyknęła przestraszona.
- Upewniam się tylko, czy może samodzielnie oddy-
chać. Nie denerwuj się.
Nagle krowa gwałtownie odepchnęła Gabe'a i zaczęła
wylizywać swoje dziecko.
- Och, Gabe... - Azy radości płynęły po policzkach Ste
phanie. - Pomogliśmy temu ślicznemu cielaczkowi przyjść
na świat. To najcudowniejsze wydarzenie w moim życiu!
Gabe podzielał jej entuzjazm. Nie zastanawiając się,
przyciągnął ją do siebie i otoczył ramieniem. Stali w uści-
sku, o jakim do tej pory mógł tylko marzyć.
Po chwili podniosła zalaną łzami twarz.
- A gdybyśmy nie przyjechali tu dzisiaj? Co by się sta-
Å‚o? Powiedz...
- Nie myśl o tym - mruknął, chowając twarz w zgięciu
jej szyi. Zapach jej skóry zapierał mu oddech.
Przez godzinÄ™ siedzieli przytuleni, obserwujÄ…c, jak cie-
lak siada, a krowa wylizuje go do czysta. W końcu maluch
stanął na nóżkach i zaczął ssać matkę.
Azy Stephanie moczyły mu policzek.
- Jaki on śliczny! Musimy go jakoś nazwać.
- To wymyśl mu imię. - Nie był w stanie powiedzieć
nic więcej.
- Jest szczęściarzem, więc nazwę go Lucky. Oboje zgi-
S
R
nęliby bez twojej pomocy. Byłeś wspaniały. Dokładnie
wiedziałeś, co trzeba zrobić. Zresztą ty zawsze wiesz, jak
należy postąpić. - Głos jej drżał.
Gabe przymknął oczy. Po chwili zwróciła twarz dp nie-
go.
- Może jeszcze jakieś krowy potrzebują pomocy?
- Jestem tego pewien. W tym celu kowboje bez ustanku
kontrolujÄ… wszystkie stada.
- Dużo ich jest? - spytała zdziwiona.
- Kilka.
- Pojedziemy dalej szukać? - W pytanie włożyła tyle
nadziei, że nie miał sumienia jej rozczarować. W gruncie
rzeczy nie chciał jeszcze wracać.
- Robi się pózno. Opłuczemy się w rzece i skierujemy
do starej strażnicy, z której nie korzystają już służby leśne.
Po drodze będziemy się rozglądać za rodzącymi jałówka-
mi.
Po kolacji przygotujemy sobie nocleg, a rano będziemy
kontynuować przegląd w drodze powrotnej.
Chwilę pózniej patrzył wzruszony, jak Stephanie wy-
ciąga aparat i pstryka zdjęcie za zdjęciem krowie i ciela-
kowi, o których z pewnym patosem mówiła  matka z sy-
nem".
S
R
ROZDZIAA SIÓDMY
- Tu jest zupełnie jak w domu!
Po zjedzeniu chili i wypiciu kakao przygotowanych na
turystycznej maszynce, Stephanie z ulgą pozbyła się peru-
ki i soczewek kontaktowych.
Podekscytowana zwiedzała umieszczony dziewięć me-
trów nad ziemią pokoik w wieży obserwacyjnej. Gabe
otworzył okiennice, dzięki czemu pomieszczenie wydawa-
ło się całkiem przestronne. Blask lampy butanowej oświe-
tlał galeryjkę otaczającą wieżę. Zanim zapadły ciemności,
Stephanie mogła jeszcze spojrzeć przez barierkę na ziemię
w dole.
Gabe kończył pompowanie jednego materaca i zabierał
siÄ™ za drugi.
- Kiedy tylko kupiłem ranczo, wyremontowałem straż-
nicę i wyposażyłem w niezbędne rzeczy. Mogą się tu
schronić kowboje, jeśli zaskoczy ich burza.
- A dla chłopców wyprawa z noclegiem jest nagrodą za
dobre zachowanie. Niektórzy z nich przyjeżdżają tutaj co
dragi tydzień.
Kiedy patrzyła z wieży, gwiazdziste niebo wyglądało
jak czarny aksamit obsypany diamentami.
- Myślałam właśnie, jaką wspaniałą kryjówkę zrobiła
bym tu jako mała dziewczynka.
S
R
- Wspanialszą niż jacht twojego taty? - W jego głosie
pojawiła się ostra nuta. Była to pierwsza oznaka napięcia
od czasu, gdy zostawili nowo narodzonego byczka, przy
którym spędziła najpiękniejszą godzinę w swoim życiu.
Wiedziała, że pamięć o tej cudownej fizycznej bliskości
będzie przechowywać w sercu jak najcenniejszy skarb.
Trudno porównywać te dwa miejsca. Jacht to po prostu
dom na wodzie, niewiele tam miejsca na wyobrazniÄ™. Tu
na górze można się wcielić w tysiące postaci.
- Kim mamy być dzisiaj? - zadrwił. Ośmielona intymną
atmosferą wieczoru odparła:
Może bandą Piotrusia Pana? Gabe zaśmiał się cicho.
- Czy w przyszłości chciałabyś mieć dzieci? Nie mó-
wiliśmy o tym w trakcie naszego małżeństwa.
Nie zdawał sobie sprawy, jak okrutne było to pytanie.
Przysiadła na pryczy i zaczęła ściągać buty.
- Jeśli trafię na właściwego mężczyznę, chciałabym
mieć siedmioro lub ośmioro.
- Aż tyle!
- Może trochę przesadziłam, ale pamiętaj, że byłam je-
dynaczką. Mama ciągle musiała sprowadzać mi koleżanki.
Nawet nie wyobrażasz sobie, jak zazdrościłam tobie i two-
im braciom. Wam niepotrzebne było niczyje towarzystwo,
mieliście siebie nawzajem. Nawet kiedy chorowaliście, to
wszyscy razem.
- Tego mi lepiej nie przypominaj. - Podał jej napompo-
wany materac. - Muszę cię jednak uprzedzić, że Pierwsza
Dama z siedmiorgiem lub ośmiorgiem dzieci stałaby się
sensacjÄ… tysiÄ…clecia.
S
R
- No, nie! Gabe był chyba jeszcze gorszy niż jego oj-
ciec. Ze złości odparowała:
- Na pewno, szczególnie, gdybym zażądała zmiany
miejsca zamieszkania.
- Mówiłaś chyba, że Biały Dom to marzenie każdej
dziewczyny.
- Tak, jeśli chce się przyjmować dygnitarzy, a nie wy-
chowywać dzieci. Jedna walka na poduszki i pokój Lin-
colna byłby w ruinie. A w ogóle dzieci potrzebują przytul-
nego domu. Czy mówiłam ci kiedykolwiek, jak nie cier-
piałam domu rodziców? Był zdecydowanie za duży dla
trojga ludzi. Mój apartament śmiertelnie mnie przerażał.
Całymi latami brałam swoją kołdrę i kładłam się pod
drzwiami sypialni rodziców, jeśli tylko byli w domu. Nig-
dy siÄ™ o tym nie dowiedzieli.
- Stephanie... - szepnął z niedowierzaniem. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • WÄ…tki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiÄ…cego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiÄ…cego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.