[ Pobierz całość w formacie PDF ]
puszystą kołdrą i stertą poduszek.
- Lepiej niż w niebie - wyszeptała Kathleen z roziskrzonymi oczami. - Jak to
znalazłeś?
- Poleciła mi to moja gospodyni, ona gustuje w takich miejscach.
- Och, Mac. Podziękuj jej po powrocie do domu, tu jest cudownie.
- Chciałbym tu zostać na zawsze - powiedział z nieśmiałym uśmiechem. A
potem spojrzał na przechadzającą się po pokoju Kathleen. Dotykała
porcelanowych świeczników, białego płóciennego obrusa. Podeszła do kominka
i zdjęła z gzymsu małą srebrną ramkę.
- Zliczna. Ktoś umieścił w niej zdjęcie Zwiętego Mikołaja. Mac roześmiał się.
- Może to jego domek.
Posłała mu czarujący uśmiech, który poruszył jego serce.
- Obejrzyj sobie wnętrze, a ja przyniosę bagaże. - Wybiegł z domku i wciągnął
w płuca pachnące sosnami powietrze. Cholera. Zachowywał się jak nastolatek
tracący rozum na widok pięknej kobiety. Słyszał jej kroki na drewnianej
podłodze. Czy nadejdzie taka chwila, że nie będzie już pragnął dotykać jej,
tulić, spać obok niej?
Podszedł do samochodu. Otworzył bagażnik i wyjął dwie torby podróżne i
wiklinowy kosz, który przygotowała dla nich Merry. Ciekaw był, co znajduje
się w walizce Kathleen. Jedwab. Koronki. Przypomniał sobie jej majteczki, na
które usilnie starał się nie spoglądać, gdy ją rozbierał. Bladoróżowe obszyte
koronką.
Kobieta pełna sprzeczności. Twarda w pracy. Nieskomplikowana piękność w
dżinsach i butach kowbojskich. Dama z hotelu Plaża. Za każdym razem inna, a
jednak ta sama. Och, jakże pragnął zdjąć z niej ubranie i przytulić tę ponętną
istotę, której prowokujący uśmiech i uwodzicielski głos tak bardzo go
fascynowały. Kathleen wyjrzała z domu. Wydawało jej się, że Mac wyszedł
bardzo dawno temu. Nie chciała tracić go z oczu. Podszedł do niej obładowany
bagażem.
W koronach drzew zaszumiał nagły poryw wiatru. Słońce zakryły czarne
chmury. Na nos Kathleen upadła kropla deszczu, a potem niespodziewanie
lunęło.
Mac wbiegł do chaty, a Kathleen prędko zamknęła drzwi. Ledwie zdążyli.
- Wygląda na to, że będziemy musieli rozpalić ogień w kominku - powiedział
Mac, odstawiając bagaże. Kosz umieścił na bufecie oddzielającym pokój od
kuchni.
RS
Kathleen poszła za nim. Położyła dłoń na jego ramieniu.
- Jakie pyszności spakowała twoja gospodyni?
- Sprawdzmy. - Podniósł pokrywę koszyka. - Kurczak, sałatka ziemniaczana,
chipsy, ciasteczka czekoladowe. A w termosie?
Odkręcił korek.
- Pachnie sokiem jabłkowym.
- Nie ma wina ani piwa?
- Ona nie schlebia moim złym nawykom.
- Mądra kobieta. Chodz - powiedziała - usiądziemy przy kominku. Robi się
chłodno.
- Jeśli chcesz, mogę cię szybko rozgrzać bez pomocy ognia.
- Nie miałbyś z tym trudności. - Kathleen łagodnie go odsunęła. - Ale obiecałeś
mi długą, szczerą rozmowę, a obawiam się, że gdybyś zaczął mnie rozgrzewać,
nie porozmawialibyśmy.
- Tylko proponowałem. A zresztą już prawie wszystko powiedziałem.
Moglibyśmy przeczekać ulewę kochając się.
Spojrzała na niego błagalnie.
- Rozpal w kominku, proszę. Nie był w stanie jej odmówić.
Wstawiła do lodówki kurczaka i sałatkę ziemniaczaną. Poszperała w kredensie i
znalazła duże naczynie na chipsy oraz półmisek na ciasteczka. Przeznaczyła
ciasteczka na pózniej. Wysypała chipsy do miski i zaniosła do pokoju. Usiadła
na kanapie i patrzyła, jak Mac przesuwa drwa pogrzebaczem. Jego inteligentną,
myślącą twarz oświetlały płomienie.
Było zaledwie południe, lecz słońce skryło się za grubą warstwą chmur. I tylko
w pobliżu kominka było jasno. Odstawił pogrzebacz, wstał i zbliżył dłonie do
ognia. Kathleen podziwiała grę mięśni jego pleców i ramion.
Odwrócił się i spojrzał w kierunku kuchni. A potem napotkał wzrok Kathleen i
widząc wyraz jej twarzy, omal się nie zarumienił. Pragnienie. %7łądza.
Oczekiwanie. Wszystko naraz.
- Pomóż mi zdjąć buty - zażądała i wyciągnęła ku niemu nogę. Złapał za jeden i
pociągnął. - Następny proszę.
Kokietowała go nogami. Jak miał jej nie dotykać, skoro tak go zachęcała?
Zciągnął drugi but i ustawił oba na podłodze. Usiadł na krześle naprzeciw niej.
- Nie usiądziesz koło mnie?
- Nie. Tutaj jest doskonale. - Sięgnął po chipsy. - Chcesz trochę?
- Pózniej, teraz chcę porozmawiać. - Podwinęła nogi pod siebie. Powoli dotarło
do niej ciepło kominka.
- Wyglądasz bardzo poważnie.
- Jestem poważna. Nie powiedziałam ci czegoś tamtej nocy na balu.
Zmarszczył brwi. Co chciała mu powiedzieć? Nie chciał słuchać o ojcu Julie.
Przełknął ślinę.
- Słucham.
- Zacznę od tego, jak bardzo mnie uraziłeś, wyjeżdżając do Europy.
RS
- Mówiliśmy już o tym, Kath.
- Wiem.
Przysunął się do kanapy i pochylił ku Kathleen.
- Chcę, żebyś to sobie dobrze zapamiętał i już nigdy mnie nie opuszczał. A teraz
pragnę ci podziękować za to, że wyjechałeś.
- To bez sensu. Dlaczego miałabyś mi dziękować?
- Bo gdybyś nie wyjechał, nie byłoby ze mną Julie. Zastygł.
- Nie dziękuj mi za to, Kath. I wcale nie musisz opowiadać mi o tym, co zaszło.
Kathleen roześmiała się.
- Ale i tak ci opowiem.
- Wcale mnie nie obchodzi, z kim sypiałaś.
- Zamknij się, po prostu słuchaj. Nigdy nie miałam romansu z twoim ojcem. Nie
miałam żadnego romansu. McKenna Publishing nie zostawia czasu na
nadobowiązkowe zajęcia.
- Nie zapomniałem o roli mężczyzny w akcie poczęcia. Prawda? - zażartował
Mac, przypominając jej własne słowa.
- Nie. Ale zapomniałeś o adopcji. Uśmiech zastygł na twarzy Maca.
- To znaczy, że przez cały ten czas pozostawiłaś mnie w przekonaniu...
- W niczym cię nie pozostawiłam. Nigdy mnie nie pytałeś. Wszyscy dookoła
wiedzieli. Włącznie z twoją ukochaną Ashley. Ale ty byłeś tak cholernie uparty,
że postanowiłeś mnie nie pytać.
- W porządku, przestanę być uparty.
- Wątpię.
Mac znów się uśmiechnął.
- Opowiedz mi o Julie. Chcę wiedzieć wszystko. - Przesiadł się na kanapę, objął
Kathleen, a ona położyła głowę na jego ramieniu.
- Matka Julie to moja przyjaciółka z liceum. Przyjechała do mnie. Była
modelką. Właśnie zaczęła odnosić sukcesy, gdy okazało się, że jest w ciąży. Nie
chciała wychodzić za mąż. Nie chciała mieć dziecka. Roztrząsałyśmy wszystkie
możliwości. Czas płynął, możliwości kurczyły się coraz bardziej, a ona stawała
się z dnia na dzień grubsza. - Kathleen zamknęła oczy wspominając, jak
zazdrościła przyjaciółce. - Tak mnie to wciągnęło, że nie wiedząc kiedy,
zaczęłam kupować dziecięce ubranka i mebelki. Wtedy uświadomiłam sobie, że
chcę mieć dziecko.
- Czy ona nadal jest w Nowym Jorku?
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ebook @ pobieranie @ pdf @ do ÂściÂągnięcia @ download
Wątki
- Home
- Arthur C. Clarke Miasto I Gwiazdy
- Gordon_Barbara_ _Gwiazdy_na_ziemi
- 025. Merritt Jackie Zielona dolina
- Roberts Nora Gwiazdy Mitry 03 Tajemnicza gwiazda
- D100. Horton Naomi Ten Najlepszy
- Extreme Circumstances Chandra Ryan
- Dobieranie materiaśÂów, narzćÂdzi i sprzćÂtu do robót murarskich
- William Shatner Tek War 2 Tek Lords
- Andrzej Mularczyk Nie ma mocnych
- Clive Staples Lewis OpowieśÂci z Narnii 05 Podróśź WćÂdrowca Do śÂwitu
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- atheist.opx.pl
Cytat
Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
Dies diem doces - dzień uczy dzień.