[ Pobierz całość w formacie PDF ]
zwolnień, więc milczy przeciągle, jakby się bał, że słowa poparzą mu wargi.
No? Jestem...
Klawisz pociera powieki końcami palców; na jednym z nich wisi klucz więzienny; kółko
jak olbrzymia ślubna obrączka; tak ostrożnie naciska powieki, jakby chciał sprawdzić, czy są
pod nimi oczy i mówi cicho w dłonie.
52
Na przesłuchanie.
Ten, który usłyszał swoje nazwisko, oddycha teraz łagodnie, sięga po aluminiowy kubek,
czerpie z kubła.
Nie idę na przesłuchanie.
Nie?
Nie.
Chlusta za siebie przez ramię i odstawia szybko gorący kubek, którego nie zdążyła ochło-
dzić woda.
Kto by ciupał w taki upał. Nie idę.
Klawisz nie odchodzi; powinien już wyjść i zatrzasnąć rozpalone drzwi, ale stoi na progu,
a zza jego pleców pojawia się blady mężczyzna; jest tak biały, jakby wyparowała z niego
krew; ze mną też nie będziesz rozmawiał? Co? Ze mną nie chcesz rozmawiać?
Ten, który usłyszał swoje nazwisko, podnosi się wolno, mechanicznie, bez żadnej myśli;
wstaje, robi kilka kroków; tylko tyle, by się znalezć przy drzwiach; teraz sięga po koszulę,
która więdła na pryczy i odwraca się niepewnie.
To mój ojciec odzywa się z wysiłkiem do tych, którzy siedzą za stołem.
Drzwi są dziś jak z gumy i nie wydają dzwięku. To teraz ja będę polewał tę szmatę. Za-
nim nie wróci.
On mówił, że jego ojciec pracuje na ube. Pierwszy raz przyszedł. Nie utrzymuje z nim
żadnych kontaktów. Nie przychodził na żadne widzenia.
To ma dodatkowe widzenie. Zaskoczył go. Dlatego wyszedł. Nie utrzymuje z nim żad-
nych kontaktów. Wyszedł zupełnie skołowany.
Myślał, że na wolność. Ta pora.
Wojłokowy upał tłumi słowa, rozkołysany czas rozpływa się na wszystkie strony.
Dym z papierosów wchłania ostatnie smugi powietrza. Jeszcze trwa godzina zwolnień i
oni czuj każde jej drgnienie.
Chyba stuknę do sąsiadów. Może ktoś dziś wychodzi.
Byłoby słychać.
Milczą; nie gasnące pety przeżerają blachę y; puszki, a oni teraz czują te miękkie kroki,
których nie słychać z korytarza i poruszają się drzwi w kurzu powietrza, suchym jak sól i
staje w nich ten, który usłyszał swoje nazwisko.
Odrzuca koszulę na pryczę; rękaw osypuje się wolno ku podłodze; robi kilka kroków; tyl-
ko tyle, by się znalezć przy stole i ujmuje kubek, czerpie nim wodę z kubła i część chlusta na
szmatę, a resztą gasi sobie włosy, a potem siada na taborecie.
To był mój ojciec, mówi szybko, mówiłem wam, że mój ojciec pracuje na ube. Nie utrzy-
muję z nim żadnych kontaktów. Nie przychodził na widzenia, bo wiedział, że nie będę chciał
z nim gadać. Zaskoczył mnie. Dlatego wyszedłem. Nie utrzymuję z nim żadnych kontaktów.
Wyszedłem zupełnie skołowany...
Ale krótkie to widzenie było...
Ten, który usłyszał swoje nazwisko, wyciąga z paczki zeschłego papierosa i przeciąga po
skorupce bibułki językiem, który nie zostawia nawet nikłego śladu, obraca papieros w pal-
cach, a tytoń sypie się spod jego paznokci.
To nie było żadne dodatkowe widzenie. To było normalne przesłuchanie. Siedział tam
jeszcze jeden ubol i obaj z ojcem chcieli mnie przesłuchiwać.
Zapala papierosa, a próżną bibułkę obsiadają żółtawe płomyki.
Ojciec się darł na mnie, że jestem głupi, że tu siedzę w taki upał, że może mi załatwić
zwolnienie w każdej chwili, tylko żebym podpisał deklarację lojalności, a ten drugi mówił, że
tacy jak ja, to u nich są potrzebni do pracy, a nie w kryminale.
Powiedziałem, że nie będę z nimi rozmawiał, bo mają krew na rękach. Ten drugi po-
twornie się wkurwił i wyszedł. I ja wyszedłem. Ojciec za mną krzyczał, że jestem głupi i że-
53
bym nie był głupi, że podaruje mi kolorowy telewizor na zgodę. Nie przychodził na żadne
widzenia. Zaskoczył mnie. Dlatego wyszedłem. Nie utrzymuję z nim żadnych kontaktów.
Wyszedłem zupełnie skołowany. Powiedziałem im, że nie będę z nimi rozmawiał, bo mają
krew na rękach. Ten drugi się potwornie wkurwił i wyszedł. Mówiłem wam, że mój ojciec
pracuje na ube. Krzyczał za mną, że jestem głupi i żebym nie był głupi, że mi podaruje kolo-
rowy telewizor na zgodę...
Zapal powiedział jeden z nich i podał mu żarzącego się papierosa. Zapal. A potem
wszystko opowiesz...
Nie utrzymuję z nim żadnych...
Zapal. I polej prześcieradło.
Ten, który usłyszał swoje nazwisko, sięga po kubek, ale nie trafia dłonią i musi się odwró-
cić, by dobrze wymierzyć ruch. Potem czerpie z kubła i chlusta za siebie; płachta prześciera-
dła jest sztywna jak blacha, pokryta cynkiem; krople ściekają z niej jak rtęć i stukają po-
śpiesznie o parapet.
Godzina zwolnień zaczyna się nad nimi zamykać nieuchronnie; czują teraz, jak wolno
oblewa ich spokój i rezygnacja i czułe nici, które łączą ich z korytarzem, zaczynają pękać,
jedna po drugiej.
I wtedy korytarz ożywa nagle; wypełniają go głosy, słychać klaskanie zasuw i kroki nio-
sące się coraz bliżej ku nim.
Co jest? Co za przepychanka?
Jeden z nich pochyla się nad drzwiami, łakomie łowi dzwięki, tak trudne do odczytania i
tak niepokojące.
Może wypuszczają? Czy jak? Stuknij obok. Zciana nie odpowiada, milczy; nie stukaj te-
raz, mówi któryś, tam jest u nich klawisz, zaczekaj.
Chyba idą do nas mówi ten przy drzwiach i cofa się nieco, a blacha drzwi drga i od-
dala się od niego; na okutym progu stoi mężczyzna i teraz mógłby się już oprzeć plecami o tę
blachę, bo drzwi zatrzaśnięto za nim w mgnieniu oka.
On stoi nieruchomo i nieufnie wciąga w płuca nieznajome powietrze; w rękach trzyma to-
bołek, zawinięty w szary koc; na tobołku stoi niepewnie chybotliwa aluminiowa miska, w
której jest aluminiowy talerz i pogięty wygrawerowany aluminiowy kubek; ścianki poryte są
napisami, rysunkami nagich kobiet, datami, numerami artykułów i paragrafów, które łamały
kolejnych właścicieli; skąd jesteście, pyta ten od drzwi.
Różnie odpowiadają zza stołu. A ty?
Ja jestem naukowcem. Przywiezli nas cały transport.
Naukowców?
Nie, nie, różnych, właśnie nas przywiezli, pełno. Długo siedzicie? pyta niepewnie.
No, to witaj, docent. Ta prycza jest wolna. Kładz mandżur i siadaj.
Jaki mandżur?
To, co trzymasz w rękach, to jest mandżur. Ten tobołek. Siadaj, odpocznij. A potem nam
będziesz opowiadał.
Ciepło tu mówi wolno docent.
A innych rzeczy nie masz? Poza skarbowymi?
Miałem torbę z rzeczami. Od miesięcy przygotowana. Wszystko, co trzeba. Pierwszy raz
jej dzisiaj nie zabrałem ze sobą. I wzięli mnie z politechniki. A wy długo? ... tak siedzicie?...
Niedługo, będzie pół roku.
Docent siada na pryczy; aluminiowa miska, wypełniona przedmiotami, brzęczy.
A jak długo jeszcze będziecie...
Opiera łokcie na kolanach, a głowa skwapliwie skłania się ku dłoniom.
Oni milczą i czekają na niego cierpliwie.
54
Już tak dobrze było ostatnio; wszystko się układało, taką dobrą fuchę złapaliśmy z żoną i
już się dało jakoś dociągnąć do pierwszego; żona też pracuje w tym samym instytucie, a ja
jestem adiunktem i jeden znajomy, który rzucił wszystko w cholerę i założył warsztat z me-
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ebook @ pobieranie @ pdf @ do ÂściÂągnięcia @ download
Wątki
- Home
- Janusz Zajdel WyjĹcie z cienia
- James Joyce Dubliners
- Janina Wieczerska Poradnik dla leni
- Breakfast in the Ruins Michael Moorcock
- 0036. Pickart Joan Elliott Kaśźde nowe jutro
- Diana Palmer Long Tall Texans 41 Heartless
- (17) Szumski Jerzy Pan Samochodzik i... KindśźaśÂ Hasan beja
- Sandemo_Margit_07_JasnowśÂosa
- Curtis Richard Cztery wesela i pogrzeb
- Zelazny Roger Amber 09 Rycerz Cieni (pdf)
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- atheist.opx.pl
Cytat
Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
Dies diem doces - dzień uczy dzień.