Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Magda Kuc
Fotografia na pierwszej stronie okładki
© Irene Lamprakou/arcangel-images.com
Opieka redakcyjna
Ewa Bolińska-Gostkowska
Copyright © by Katarzyna Michalak 2013
ISBN 978-83-240-2485-8
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl
Plik opracowany na podstawie Ogród Kamili, wydanie I, Kraków 2013
Plik opracował i przygotował Woblink
woblink.com
Katarzyna Michalak
Zacisze Gosi
Rozdział I
Leśny dzwonek - śliczna, bardzo delikatna roślina, którą niejeden raz widziałaś w lesie czy na łące. Na wysmukłej łodyżce, zdobnej kilkoma
podłużnymi listkami kołyszą się niebieskie, czasem błękitne lub lawendowe dzwoneczki o pięciu prążkowanych płatkach. Kwiatki te nie pachną może
odurzająco, jak wspaniałe róże, czy choćby konwalie, ale ich urok i subtelne piękno zachwycają.
Los tak przewrotnie kieruje ludzkimi krokami, że bezwiednie, czyniąc dokładnie to, czego chce przeznaczenie, wchodzimy w jego pułapkę.
Dlaczego Gosia Bielska, żona bogatego i wpływowego dyplomaty, zamiast udać się na spotkanie z przyjaciółkami taksówką, wsiadła tamtego ranka
do londyńskiego metra? Dlaczego ten jeden raz nie zważała na swoje wygody i bezpieczeństwo, nosząc pod sercem maleńkiego chłopczyka,
wymarzonego synka, o którego starała się tyle lat? Co skłoniło rozważną, nie ryzykującą bez potrzeby kobietę do zamiany wygodnej limuzyny na
zatłoczony, duszny wagon podziemnej kolejki?
Małgosia, próbująca odnalezć odpowiedz na te pytania w każdą bezsenną noc, a tych nocy przez ostatnie osiem lat było o wiele za dużo, mogła
powiedzieć jedynie:  Nie wiem. Takie było moje przeznaczenie. Taki był mój los. Gdyby nie stało się to owego lipcowego dnia w Londynie, zapewne
zdarzyłoby się kiedy indziej . To było jedyne pocieszenie dla kobiety, która tego dnia straciła synka, zdrowie, a w konsekwencji także męża i spokojny,
szczęśliwy dom. Oraz wolność, bo demony, z którymi zmagała się od owego strasznego dnia, zamknęły Małgorzatę w czterech ścianach domu, który jej
przyjaciółkom przypominał grobowiec. Kto z własnej woli zamknąłby się za życia w grobowcu? Czy uczyniłaby to młoda, śliczna kobieta? Tak. Jeśli
miałaby takie poczucie winy za śmierć synka i odejście męża, jakie miała Małgosia. Bo mogła sobie wmawiać, że zdecydował los czy przeznaczenie, ale
prawda była inna: tamtego lipcowego dnia to Gosia Bielska dokonała wyboru. A za złe wybory płaci się czasami wysoką cenę. Najwyższą.
Czy mogła jednak przewidzieć, jak skończy się niewinna przejażdżka metrem?
Pociąg mknął podziemnymi tunelami, pełen na wpół śpiących ludzi. Było przed dziewiątą, ale że Londyn lubił balować do pózna w nocy, pasażerowie
podziemnej kolejki łapali ostatnie chwile odpoczynku przed długim dniem pracy.
Gosia wsiadła kilka stacji wcześniej. Jakiś uprzejmy młodzieniec ustąpił jej miejsca, widząc pokazny brzuszek pod kwiecistą tuniką. Mieszkała w
mieście od dwóch lat, a jeszcze nigdy nie jechała metrem. W ogóle nie korzystała z komunikacji miejskiej, wszędzie wożona samochodem służbowym
albo taksówką   Rozumiesz, kochanie, tłumy, terroryści i zamachy  tłumaczył jej mąż. Dziś jednak coś kazało Małgorzacie wyłączyć telefon w
momencie, gdy miała wezwać taksówkę, i skierować się do najbliższych schodów oznaczonych charakterystycznym M.
Teraz siedziała wygodnie i zerkała na współpasażerów, ciekawa zwykłych londyńczyków. Tych z wyższych sfer miała dosyć. Kolorowy tłum
zafascynował Małgosię. Słuchała rozmów w najróżniejszych językach, patrzyła na twarze kobiet ukryte pod chustami, na mężczyzn w garniturach i
zwykłych roboczych ubraniach, próbując zgadnąć, kim są, jakie mają marzenia, czy w ogóle marzą o czymś więcej niż odfajkowaniu listy obecności,
przetrwaniu do wieczora i powrocie tÄ… samÄ… kolejkÄ… do domu.
Jakiś mężczyzna, mniej więcej w jej wieku, napotkał spojrzenie Gosi i uśmiechnął się do niej  młodej kobiety w zaawansowanej ciąży, obejmującej
brzuch tym jedynym w swoim rodzaju obronnym gestem. Odpowiedziała uśmiechem i nagle& Coś kazało jej wstać. Teraz, natychmiast!
Pociąg dojeżdżał do stacji, ale Gosia miała przed sobą jeszcze kawałek trasy, mimo to poderwała się na równe nogi i zaczęła przeciskać przez tłum w
kierunku wyjścia. Ten impuls uratował życie jej, ale już nie maleństwu&
Nagły błysk był tak jasny, a huk tak potworny, że ludzie umilkli. W następnej sekundzie wagon uniósł się i runął w bok, miażdżąc ścianę między torami
metra. Miejsce, na którym Gosia przed chwilą siedziała, zostało zmiażdżone, ona sama razem z resztą ludzi uniesiona w górę, szarpnięta w tył i ciśnięta ze
straszliwą siłą na sąsiedni tor, wprost pod nadjeżdżający z naprzeciwka pociąg.
Trwało to może trzy uderzenia serca.
Następny był krzyk. Krzyk, który wyrwał się z gardeł przerażonych ludzi.
A potem drugi huk miażdżonego metalu.
I uderzenie, które zebrało największe żniwo.
Gosia krzyczała razem ze wszystkimi. A potem razem ze wszystkimi umilkła.
Siła zderzenia dwóch składów wyrwała ją z wagonu i cisnęła w ciemność.
Ocknęła się parę chwil pózniej, gdy gdzieś za nią rozpętało się piekło. Ludzie krzyczeli, jęczeli, wyli, błagali o pomoc. Coś się paliło. Kłęby gryzącego
dymu odbierały oddech, wciskając się do płuc.
Gosia próbowała zaczerpnąć powietrza, ale tylko się zakrztusiła . Walka o tlen zabrała kobiecie kilka dobrych sekund. Gdy wreszcie zaczerpnęła
pierwszy haust, chciała też krzyknąć, zawołać o pomoc, ale spazm bólu, który wbił się w jej trzewia, w sekundę odebrał Gosi przytomność.
Ból jednak nie pozwolił, by zbyt długo trwała w nieświadomości. Wyszarpnął ją z omdlenia, ciskając z powrotem do piekła pełnego jęków i płaczu. Ale
tym razem do bólu dołączył& strach. Nie, nie o siebie. O dziecko. Małgosia czuła, wiedziała, po prostu była pewna, że jej maleńki, nienarodzony synek
umiera&
- Help!  chciała krzyknąć, ale z jej gardła, palonego przez dym z płonącego wagonu, wydostał się tylko szept.  Help me, help, please& -
spróbowała raz jeszcze. Kto by jej jednak słuchał. Wszyscy, którzy byli w stanie komukolwiek pomóc, próbowali wydostać się z gruzowiska na
powierzchniÄ™.
Instynkt samozachowawczy był silniejszy od altruizmu, a Gosia na dodatek, nie wiadomo jakim cudem, znalazła się dobrych kilkanaście metrów od
gruzowiska, w niemal pustym tunelu. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • WÄ…tki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiÄ…cego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiÄ…cego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.