Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wspólnotę, wzajemną pomoc.
Gdzie Rzym, gdzie Krym, powie ktoś. Jakie te wszystkie słowa mają odniesienie do
rzeczywistości? Otóż w latach pięćdziesiątych w Niemczech miały, i to jakie. Oparta
na teoriach ordoliberałów polityka gospodarcza przyniosła efekty już w 1949 roku, gdy
poziom produkcji w Niemczech dorównał poziomowi produkcji III Rzeszy z 1936 ro-
ku. Od 1950 do 1955 roku PKB na mieszkańca wzrósł dwukrotnie, bezrobocie zmalało
z ponad dziesięciu do pięciu procent. W latach pięćdziesiątych niemiecka gospodarka
rosła w tempie ośmiu procent rocznie, a płace realne wzrosły o siedemdziesiąt pięć pro-
cent. Zgodnie z pomysłami ordoliberałów wzięto się za budownictwo mieszkaniowe,
preferując własnościowe budownictwo mieszkań i domków jednorodzinnych. Tu coś,
co może być bardzo interesujące dzisiaj, dla nas. Wśród inwestorów prywatnych więk-
szość stanowili robotnicy, pracownicy umysłowi i urzędnicy. Gospodarka rozwijała się
w zawrotnym tempie, ale tempo nie było aż tak zawrotne, by do mety dobiegali tylko
najlepsi, mijający słabszych, którzy padali na trasie. Umacniało się też państwo socjal-
ne. W 1952 roku podniesiono renty i wprowadzono czternastotygodniowy płatny urlop
218
macierzyński, w 1957 roku zasiłki dla rodzin wielodzietnych i reformę rent, przewidu-
jącą między innymi ich coroczną waloryzację. Tak, tak, powie ktoś, ale właśnie teraz
Niemcy doszli do wniosku, że państwo socjalne rozrosło im się za bardzo, i chcą je od-
socjalizować, między innymi tnąc wydatki i świadczenia. W porządku. Nie musimy się
oglądać na Niemcy, by zobaczyć, jak państwo i jego obywatele mogą się uginać pod cię-
żarem świadczeń, które społeczeństwo zdobyło. Idzie o coś innego. Można doprowadzić
do błyskawicznego rozwoju gospodarczego, nie doprowadzając do nieposkromionego
rozwarcia się nożyc dochodów. Można biec, nie porzucając słabszych. Można po prostu
zbudować prawdziwą gospodarkę rynkową, kapitalizm z ludzką twarzą.
MEDIA
Kto ma telewizję, ten ma władzę.
Mieczysław Rakowski
OKRAKIEM NA EKRANIE
Jan Paweł Woronicz musi się przewracać w grobie. Biskup, erudyta i patriota bę-
dący patronem ulicy, na której dzieją się niezłe bezeceństwa i na której każdego dnia
testuje się odporność idei dobra publicznego na ciosy. To jedna z największych klęsk
młodej polskiej demokracji. Miało być tak pięknie. Po latach nienawiści do Dzienni-
ka Telewizyjnego, po odwracaniu telewizorów do okien, po spacerach w porze DTV,
po wypisywaniu na murach:  Telewizja kłamie , telewizja miała być oddana w ręce
swych prawowitych właścicieli. Milionów Polaków. Mieczysław Rakowski miał rację,
gdy w 1981 roku mówił:  kto ma telewizję, ten ma władzę . PZPR miała telewizję, więc
222
miała władzę. Gdy ją straciła, straciła też władzę. PZPR straciła władzę i telewizję. Ale
publiczność telewizji nigdy tak naprawdę nie zdobyła. Pośredni dowód, że nigdy nie
zdobyła władzy i że nasza demokracja od początku była kulawa.
Kulawa, to zresztą mało powiedziane. Jeśli stan demokracji oceniać po tym, co dzie-
je się w TVP i w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, która nadzoruje media, to
demokrację mamy taką jak w pierwszych miesiącach 1989 roku. Mamy rządzącą tele-
wizją partię, mamy partyjnych towarzyszy oddelegowanych do pracy w środkach ma-
sowego przekazu, mamy partyjnych funkcjonariuszy oddelegowanych do nadzoru nad
programami telewizyjnymi. Tak jest od lat. Tak długo, że niemal się już do tego przy-
zwyczailiśmy. Norma, nawet jeżeli jest anormalna, jest przyjmowana jako standard,
jeśli jest trwała. Ale jak się temu wszystkiemu przyjrzeć i jak porównać to z  uspo-
łecznieniem środków masowego przekazu , o którym tyle mówiono w 1989 roku, to
aż gorzki śmiech człowieka ogarnia. Spójrzmy tylko. Szefem publicznej telewizji jest
przez całe lata człowiek, który doradzał w kampanii wyborczej prezydentowi i który na-
wet nie ukrywa (bo i po co, i tak by nie ukrył) swych związków z SLD i prezydentem.
Krajowa Rada, mająca czuwać nad ładem w eterze przygotowuje projekt ustawy ra-
223
diowo-telewizyjnej, który jest absolutnym zaprzeczeniem standardów obowiązujących
w demokratycznych krajach. Znany producent filmowy próbuje sprzedać za kilkanaście
milionów dolarów ewentualnemu nabywcy największej telewizyjnej stacji prywatnej
satysfakcjonujące go zapisy ustawowe. W sprawę może być zamieszany prezes TVP,
więc komisja śledcza badająca aferę wzywa Radę, by opowiedziała się za zawieszeniem
prezesa. Ale Rada, która wścibia nos we wszystkie sprawy, akurat w tej jednej uznaje
się za niekompetentną. Z sondaży wynika, że prezesowi TVP, czyli instytucji najwyż-
szego publicznego zaufania, ufa co dwudziesty piąty Polak, ale prezesowi do głowy
nie przychodzi, że mógłby, ba, że powinien, e tam powinien  że musi się wycofać
z gry. Przeciwko prezesowi nie występuje też Rada Nadzorcza TVP. No bo i jak ma
kontrolować prezesa Rada, której szef dostaje od prezesa TVP lukratywne stanowisko
i luksusowy samochód, a której najbardziej znany członek jest podwładnym prezesa.
Pojęcie konfliktu interesów w tej firmie nie istnieje, więc jej dyrektorem generalnym,
odpowiedzialnym między innymi za zakup programów, jest mąż pani, która jest szefem
firmy sprzedającej telewizji takie programy. Odpowiadając na pytanie członka komi-
sji śledczej, pan mąż-dyrektor generalny przypomina sobie o tym z wielkim trudem.
224
Wracając do ustawy  producent filmowy, próbując dobijać targu (my wam ustawę,
jaką chcecie, wy mnie kilkanaście milionów dolarów plus funkcję szefa największej
prywatnej stacji telewizyjnej), negocjuje też  w pakiecie życzliwość stacji rządzącym
już po kupieniu jej przez nowego właściciela. Jakby było mało, że niby-publiczna te-
lewizja ze wszystkimi swymi programami jest już rządzącej partii szalenie życzliwa.
Ale może jest jeszcze za mało życzliwa, skoro minister (obrony  cha, cha) mówi na
posiedzeniu rządu, że jej dodatkowe wzmocnienie to  skrywany cel numer 4 . W samej
telewizji porządku pilnują ci sami ludzie, którzy porządku pilnowali jeszcze za PZPR-u.
Superważnym dyrektorem jest superważny członek pop-u w sterowanych prosto z KC
programach informacyjnych.
A niżej w strukturze?
Jak wyżej. W programie nadzorowanym przez owego funkcjonariusza dwa dni przed
wyborami prezydenckimi  rozstrzeliwuje się kandydata prawicy. Rok pózniej, przed
wyborami parlamentarnymi, w programie o nazwie Gość Jedynki dzień po dniu  nie-
mal bez wyjątku  przemaszerowuje czołówka partii, która właśnie szykuje się do
przejęcia władzy. W programach informacyjnych tej telewizji nie ma miejsca, by po-
225
kazać prezydenta dość swobodnie zachowującego się nad grobami polskich bohaterów.
Nie ma też miejsca na wyjaśnienie, dlaczego premier i wielu wysokich notabli zacią-
gnęło kredyty u oligarchy blisko związanego z partią rządzącą. Ale prezydenta i pre-
miera, i ministrów, i członków rządzącej partii jest w tych programach tyle, że złamane
zostają wszelkie proporcje czasu przyznanego władzy i opozycji, że w kąt idą resztki [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.