Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Nie. To nie wszystko. Jest jeszcze podpis.
- Niech zgadnę? Werens. Mariusz Werens.
- Blisko. Werens. Ale nie Mariusz tylko... Paweł. Czy to nie ten dziennikarz od
sprawy Szuberta sprzed dwóch lat?
- Paweł?! No nie, co tu jest grane?!
- Też bym chciał to wiedzieć. Obiecaj mi, że jak już złapiesz tego bandziora, to
nakopiesz mu do dupy!
- Albo on mi.
- Nie żartuj! To ty jesteś tu szefem, zapomniałeś o tym? To twoje miasto!
Adam Dera odwrócił się w kierunku schodów prowadzących na piętro. Zobaczył na
nich żonę. Była nachmurzona, dłonią wskazywała blat stołu. No jasne, kanapka! Zapomniał o
niej.
- W mieście może i tak, ale nie w tym domu! - powiedział do słuchawki.
* * *
Kordan nieznacznie rozsunął zasłony w oknie. Na zewnątrz było już ciemno. Nie
mógł w to uwierzyć. Znowu się zapomniał! A tak starał się być uważny. Pokusa była jednak
silniejsza od zdrowego rozsądku.
Kiedy zabierał tę całą Alicję z parkingu przed motelem, był przekonany, że panuje nad
sytuacją. Ta nastolatka była zupełnie do niczego. Roztrzepana, usta jej się nie zamykały. Bez
jego zgody włączyła radio. Musiał słuchać tej hałaśliwej, okropnej muzyki pełnej
bełkotliwych słów i wulgaryzmów. Milczący Kordan początkowo zamierzał wysadzić ją na
rogatkach najbliższego miasteczka. Ale z każdym kilometrem coraz bardziej czuł, jak TO
wypełnia mu umysł. Nie potrafił się opanować, chociaż każdego dnia odgrywał przed żoną i
dziećmi spektakl pod tytułem  dobry mąż i ojciec . Tu jednak nie musiał. Wiedział o tym
doskonale i pozwolił ponieść się żądzy.
Zaczął od tego, że jego twarz rozpromienił uśmiech. Potakiwał dziewczynie i
wykazywał zainteresowanie jej słowotokiem. Wtrącał jakieś drobne uwagi chwalące lotność
umysłu nastolatki, jej poglądy i zainteresowania. Te ostatnie nie były szczególnie
wysublimowane. Zespół o trudnej do zapamiętania nazwie: Red Hot Chili Peppers, aktor Tom
Cruise i pięć godzin tygodniowo na basenie. Ten basen brzmiał w tym wszystkim najlepiej.
Kordan był wielkim fanem kultury fizycznej. Sam ćwiczył sztuki walki każdego dnia.
Rankiem biegał dziesięć kilometrów. Był mistrzem strzeleckim.
Opowiedział dziewczynie o triathlonie, w którym wziął trzykrotnie udział. Jak
przewidział, zrobiło to na niej wielkie wrażenie. Usypiał jej czujność. Dwa kilometry przed
miasteczkiem o nazwie Bardo wcisnął pedał hamulca i wolno toczącym się autem skręcił w
las. Dziewczyna przerwała kolejną historyjkę w pół słowa. Z szeroko otwartymi oczyma
patrzyła na jego skupiony profil. Kordan lawirował po wąskiej, piaszczystej drodze, omijał
pojawiające się co chwila gałęzie i kamienie. Przez cały ten czas nie wypowiedział nawet
jednego słowa. Za to Alicja nagle odzyskała mowę.
- Domyślałam się od początku. Nic za darmo, prawda?
Kordan cały czas milczał. Dziewczyna wierciła się wyraznie podenerwowana.
- A masz chociaż gumę? - zapytała i w tej samej chwili poczuła, jak potężny ból
rozrywa jej lewy policzek. W następnej sekundzie uderzyła skronią w szybę. Towarzyszył
temu chrzęst łamanego nosa. Alicja zadławiła się własną krwią. Potem straciła przytomność.
Odzyskała ją po trudnym do określenia czasie. Leżała w trawie półnaga, w ubłoconej
bieliznie. Ból powrócił. Chłód sprawił, że skuliła się w pozycji embrionalnej i zamknęła oczy.
To zły sen, pomyślała. Ale o śnie nie mogło być mowy. Usłyszała trzask łamanych gałęzi,
ciężkie kroki. Jej serce biło jak oszalałe, w oczach stanęły łzy.
- Nie rób mi więcej krzywdy! - rzuciła rozpaczliwą prośbę w kierunku, z którego
dobiegały dzwięki.
Kordan stanął nad nią w rozkroku. Alicja odważyła się oderwać głowę od kolan i
spojrzeć w górę. Już się nie uśmiechał jak podczas jazdy. Nie opowiadał zabawnych anegdot.
Milczał. Przez ułamek sekundy ich spojrzenia skrzyżowały się. Alicja dostrzegła wówczas w
nich coś, czego nie potrafiła nazwać. Oprawca trzymał w dłoni coś połyskliwego. W leśnym
półmroku trudno było określić, co to takiego. Kordan pochylił się nad nią i dotknął jej na -
puchniętego policzka. Wyczuła na jego palcach zapach spermy. Czyją zgwałcił? Chyba
jeszcze nie.
- Błagam, zostaw mnie! Zrobię, co będziesz chciał, tylko nie rób mi krzywdy! -
wyjęczala, czując, że ruszają jej się zęby. To po tym uderzeniu pięścią w samochodzie,
pomyślała.
Kordan chwycił ją za włosy i szarpnął. Alicja wstała i zataczając się, wpadła na
drzewo. Czuła, jak kora rani jej nagie plecy. By nie drażnić napastnika, zacisnęła zęby i
stłumiła krzyk. Połyskliwy przedmiot ponownie zamigotał jej przed oczyma. Teraz już
widziała wyraznie metalowe kajdanki. Kordan zacisnął jedną z obręczy na jej nadgarstku.
Obrócił dziewczynę twarzą do drzewa i oplótł pień jej rękami. Zacisnął drugą metalową pętlę
na drugim nadgarstku. Alicja stała z twarzą wciśniętą w szorstką, chropowatą korę. Była z nią
złączona.
Zapadła długa, upiorna cisza. Dziewczyna wytężała słuch. Nie widziała, co szykuje jej
napastnik.
Kordan stał za nią i wolno nawijał na dłoń skórzany, wojskowy pas zakończony
klamrą. Robił to bardzo powoli i bardzo starannie. Myśl o tym, co za chwilę się stanie,
podniecała go do tego stopnia, że ponownie poczuł fizyczny ból w podbrzuszu. Podniecenie
jeszcze silniejsze niż to, które towarzyszyło mu przy wywlekaniu dziewczyny z samochodu.
Pas nawinął w ten sposób, że metalowa sprzączka znalazła się na zewnątrz spoconych dłoni.
Oprawca odczekał chwilę, podczas której wciągał w nozdrza jedyny niepowtarzalny zapach
strachu, który człowiek wydziela w takim jak ten momencie. Długo już go nie czuł i napięcie
związane z wyczekiwaniem wreszcie znalazło swe ujście. Wziął zamach i wyprowadził cios
w lewą nerkę dziewczyny. Krzyk, jaki wydała z siebie, poruszył ptaki obsiadające drzewa.
Zerwały się do lotu. One również wyczuły zapach śmierci. Alicja poczuła kolejne uderzenie.
Nim straciła przytomność, przypomniała sobie spojrzenie Kordana, kiedy stał przed nią z
kajdankami. Wiedziała już, co dostrzegła w tych oczach. Była zaskoczona swoim odkryciem.
W oczach mordercy widziała dziecięcą radość.
Kordan patrzył w mrok za oknem. Bolały go obie ręce, którymi na przemian katował
tę młodą dziwkę. Potem musiał ją zakopać, co w lesie nie było takie łatwe. Korzenie drzew
utrudniały zadanie. Na dalszą drogę nie miał już siły. Zajechał do wsi Dębowina. Wziął pokój
w zajezdzie  Złote Wrota . W dalszą drogę planował wyruszyć w czwartkowy poranek. Do
celu było już niedaleko.
25 maja 2006, czwartek iZegar wybił północ, kiedy Lena z Pawłem wchodzili do
salonu willi przy ulicy Fałata. Zwiatło latarek ślizgało się po stylowych meblach,
obrazach na ścianach, grzbietach książek. Paweł drżał, kręciło mu się w głowie. Nie
wynikało to z chłodu, bo noc była wyjątkowo ciepła, a salon miał pozamykane okna.
Czuło się lekki zaduch. To dlatego mam te zawroty, uznał Werens. Z tej duchoty.
Patrzył na znajome sprzęty. Przypominał sobie chwile spędzone w tym pokoju ze
stryjem. Pełne napięcia, kiedy tropili Montalto. Godzinami siedząc w fotelach, ustalali
plan działania. Stryj opowiadał mu o wydarzeniach sprzed wieków, a on, początkowo
sceptyczny, dał się wciągnąć w tę śmiertelną rozgrywkę. Przypominał sobie surowe [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.