Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

poparzyłaś?
Marianna znów wyciągnęła do niego rękę, lecz zdążył się cofnąć.
- Tylko z daleka ode mnie, zgoda? Tylko nie podchodz. Lecz Marianna przez cały
czas przysuwała się coraz bliżej, teraz zaś z wolna odpięła górny guzik prochowca. Joe
wycofał się na drugi koniec kuchni, ani na chwilę nie odrywając od niej wzroku. Na oślep
wymacał ręką blat, a potem uchwyt szuflady. Gdy Marianna odpinała drugi guzik, a w ślad za
nim trzeci, zdołał otworzyć szufadę i zaczął w niej grzebać w poszukiwaniu kuchennego
noża.
- Joe... o ile przyrzekniesz, że dochowasz przysięgi... wszystko będzie dobrze. Ale
musisz przyrzec.
Odpięła ostatni guzik prochowca i jednym ruchem ramion zrzuciła płaszcz na ziemię.
Pod spodem była naga, a jej skóra lśniła perłową szarością. Drobne piersi o ciemnych sutkach
były takie same, jak je Joe zapamiętał. Tak samo krągły brzuch i ciężkie uda. Emanował z
niej jednak matowy podskórny blask, który kojarzył mu się wyłącznie ze śmiercią. Jako
chłopiec Joe widział wyciągniętego z Cahokia Canal we Wschodnim St. Louis topielca i jego
skóra świeciła tą samą przygaszoną zgnilizną.
W talii Marianna ściągnięta była szerokim czarnym pasem tak mocno, że jej ciało
wylewało się spod niego dołem i górą. Sprzączka miała kształt jaszczurki wpisanej w okrąg.
- Joe, nie pocałujesz mnie tak jak dawniej? Nie przytulisz się do mnie?
- Tylko się, kurwa, nie zbliżaj - ostrzegł ją Joe. Jego palce zacisnęły się na
najostrzejszym z noży do obierania warzyw i poczuł, jak kaleczy mu on rękę. Uchwycił go za
rękojeść, wyciągnął z szuflady i począł zataczać nim łuki przed twarzą Marianny. Krew z
poparzonego nadgarstka spływała mu po palcach i skapywala na ziemię.
- Nie pokochasz się ze mną, Joe? - podchodząc bliżej wabiła go Marianna. Włożyła
sobie rękę pomiędzy nogi i poczęła gładzić się zmysłowo, mrucząc przy tym jak kotka. -
Pamiętasz te noce w Tijuana, Joe? Nawet nie zmrużyliśmy oka. Pokochaj się ze mną, Joe,
chodz się ze mną pokochać.
Joe ze zgrozą i zafascynowaniem przyglądał się. jak coraz głębiej i głębiej wpycha
sobie dłoń pomiędzy nogi. Jedną ręką rozchyliła sobie wargi sromowe, a palec wskazujący
drugiej wsunęła aż po nasadę do środka i poczęła wykonywać nim okrężne ruchy. Zamknęła
oczy, odrzuciła głowę do tyłu.
- Chodz do mnie, Joe - zagruchała - tak bardzo cię pragnę... chodz do mnie, Joe, tak
cię kocham.
Joe zawahał się tylko na sekundę. Zaraz potem uskoczył w prawo, nadziewając się na
krawędz lodówki, i przez drzwi kuchenne rzucił się do przedpokoju.
Reakcja Marianny była natychmiastowa. Gdy wpadł na lodówkę, wpiła się dłonią w
jego ramię, gdy zaś pokonywał drogę do drzwi, wskoczyła mu na plecy. W jednej chwili
Joe poczuł się tak, jak gdyby grzbiet oblano mu płonącą benzyną. Zawył z bólu i
zachwiał się pod niespodziewanym ciężarem. Koszula zatliła się, po czym buchnęła
płomieniem. Zgiął się ze stęknięciem i spróbował strząsnąć Mariannę, uderzając o ścianę, ale
przywarła zbyt mocno, jej nogi zaś paliły mu boki, dżinsy, skórę i ciało, podczas gdy ręce,
niczym rozgrzane do białości żelazo, wytrawiały mu piętno na ramionach.
Sięgając ręką za siebie, począł jak szalony dzgać ją nożem do obierania warzyw. Lecz
zdawało się, że nie ma tam nic, w co można by utrafić. Pomimo wydzielanego żaru, pomimo
wagi, robiła wrażenie całkowicie niematerialnej. Jak dym. Jak duch. Jak w ogóle nic.
- Marianna! - zaryczał. Ubranie miał w płomieniach, a włosy kurczyły mu się od
ognia.
Lecz ona wrzasnęła:
- Bawimy się! Zgadnij, kto to! Zgadnij, kim ja jestem!
- O Boże! - zawołał Joe padając na kolana. - O Boże, Marianno, ty mnie parzysz!
- Baw się ze mną, Joe! Zgadnij, kto to? Zgadnij, kto to? - I zasłoniła mu dłońmi oczy.
Spod palców Marianny uniósł się dym. Powieki i kości policzkowe Joego ustąpiły pod
naciskiem rozżarzonych opuszek, po czym zagotowały się jego oczy. Pomimo
niewyobrażalnego bólu Joe poczuł, jak pękają mu gałki oczne, i usłyszał ostre skwierczenie
ciałka szklistego soczewki. Nie był już w stanie krzyczeć. Ból był zbyt wielki. Jego mózg nie
potrafił przyjąć do wiadomości zgrozy oślepienia, zajmowała go w tej chwili tyko jedna
kwestia - jak przeżyć?
Raz i drugi wściekle dzgnął nożem. Ona jednak obaliła go na wznak i przycisnęła do
podłogi. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.