Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Podejrzewał, że to ja zabiłem pani ojca i Woodhalla. Zledził mnie. Widział, że byłem w
aptece pani Daykin, i zrozumiał, że handluję trucizną. Próbował mnie szantażować. Musiałem
się go pozbyć. Sprzeczka między wami w ogrodzie Towarzystwa Botanicznego Carstairs
tylko ułatwiła mi zadanie.
- Jest pan odpowiedzialny za śmierć wielu osób, panie Ellerbeck. Mnie też pan zabije?
- Nie myli się pani, panno Bromley. - Pistolet w dłoni Ellerbecka chwiał się
niebezpiecznie. - Zrealizuję moją zemstę, nawet gdyby to miała być ostatnia rzecz, jaką
zrobię.
- Nie jest pan w stanie wycelować we mnie ani pociągnąć za spust. Jest pan bardzo
wyczerpany i wkrótce zapadnie w głęboki sen.
- O... o czym pani mówi?
- Wsypałam panu coś do herbaty - odparła łagodnie. - Działa bardzo szybko.
Ellerbeck trząsł się cały, jakby dostał gorączki. Zamrugał gwałtownie, żeby lepiej
widzieć. Pistolet wyślizgnął mu się z ręki. Mężczyzna wpatrywał się w Lucindę, nic nie
rozumiejąc.
- Otruła mnie pani? - wyszeptał.
- Kiedy weszłam dziś do pańskiego domu, od razu wyczułam złą energię emanującą z
cieplarni. Zrozumiałam, że grozi mi niebezpieczeństwo, więc kiedy służąca poszła
powiadomić pana, że przyszłam, wyjęłam z torby środek nasenny. Ta substancja nie ma
smaku ani zapachu. Bez trudu dosypałam go panu do herbaty.
I wypił pan dwie pełne filiżanki.
- Niemożliwe - powiedział z trudem. - Patrzyłem, jak pani nalewała herbaty. Nie miała
pani żadnych buteleczek ani paczuszek, które mogły zawierać truciznę.
Rozległ się odgłos tłuczonego szkła. Caleb wkroczył do cieplarni. W ręku trzymał
pistolet wycelowany w Ellerbecka.
- Nic ci nie jest? - zwrócił się do Lucindy, nie spuszczając wzroku z Ellerbecka.
- Nie, nic - odrzekła. Ellerbeck osunął się na kolana.
- Jak pani to zrobiła? - zapytał. - Jak zatruła pani moją herbatę? Podniosła rękę, na
której nie było rękawiczki, tak żeby wyraznie mógł widzieć jej pierścień zdobiony lapis -
lazuli i bursztynem. Powoli otworzyła maleńkie wieczko, ukazując tajny schowek.
- Część z tego, co o mnie opowiadają, jest prawdziwa, panie Ellerbeck.
46
Dobrze się złożyło, że Hulsey nie mógł wrócić do domu Ellerbecka, żeby zabrać
stamtąd swoje papiery i zapiski - stwierdził Caleb. - Pośród tego, co skonfiskowaliśmy, może
się trafić coś użytecznego.
Caleb chodził w tę i z powrotem przed kominkiem w bibliotece Lucindy. Robił to cały
czas, odkąd przybyli do domu. Lucinda siedziała za biurkiem z rękoma splecionymi na
kolanach, starając się zachować cierpliwość.
- Hulsey na pewno czekał, aż trucizna zadziała - stwierdziła Lucinda. - Niewątpliwie
zamierzał wrócić w nocy, mając już pewność, że Ellerbeck jest umierający. Na szczęście
zjawiłam się tam wczoraj po południu.
- Chyba żartujesz! - Caleb obrzucił ją groznym spojrzeniem. - Do diabła, Lucindo, on
mógł cię zabić! Cóż, u licha, sobie wyobrażałaś, wybierając się tam sama?
- Zadajesz mi to pytanie już chyba po raz pięćdziesiąty - odrzekła. - A ja udzielam ci
za każdym razem tej samej odpowiedzi. Poszłam tam, ponieważ przysłał mi wiadomość, że
jest umierający i chciałby się ze mną pożegnać.
- Powinnaś była poczekać i pójść tam ze mną - odparł Caleb.
- O czymś zapominasz - stwierdziła Lucinda, ledwie znosząc ten niekończący się
wykład. - Mówimy o Irze Ellerbecku. Byłam przekonana, że to przyjaciel mego ojca. Zresztą
wcale nie poszłam tam sama. Był ze mną Shute.
- Jakby to się na coś przydało - mruknął Caleb. - Shute czekał na ulicy przed domem.
Nie mógł wiedzieć, że grozi ci niebezpieczeństwo. Powinnaś była wyjść, jak tylko poczułaś
złowrogą energię.
Zacisnęła usta.
- Przypuszczam, że to by było rozsądne podejście do sprawy.
- Przypuszczasz? - Stanął przed biurkiem, oparł się o nie rękoma i pochylił do przodu.
- To dość kiepskie rozumowanie, nie sądzisz? - powiedział groznym tonem.
- Nigdy nie powiedziałam, że postąpiłam logicznie. Gdy tylko przekroczyłam próg
rezydencji Ellerbecka, wiedziałam, że kryje się tam rozwiązanie zagadki śmierci mego ojca.
Nie mogłam odejść, dopóki go nie poznałam.
- Chciałbym, żeby to było jasne, Lucindo. Nie będę w przyszłości tolerował równie
lekkomyślnego zachowania. Zrozumiałaś?
Tego już nie wytrzymała. Zerwała się na nogi.
- Nie jestem jedyną osobą, której postępowanie można uznać za lekkomyślne. A jak
zorganizowałeś spotkanie z porywaczem?! Uparłeś się iść tam sam i w rezultacie omal nie
zostałeś zamordowany przez Allistera Norcrossa.
- To była inna sytuacja.
- Jakoś tego nie widzę.
- Do licha, Lucindo, jeśli chcesz być wspólniczką w mojej firmie, musisz się nauczyć
słuchać poleceń.
- Mam być wspólniczką, a nie pracownikiem. A wspólnicy, siłą rzeczy, nie słuchają
poleceń.
- A więc, do diabła ciężkiego, nauczysz się naradzać ze swoim wspólnikiem! I nie
będziesz podejmować tak pochopnych działań.
- Daj spokój, Calebie. Wyolbrzymiasz niebezpieczeństwo.
- Zdaje się, że czegoś nie rozumiesz. Pamiętaj, nigdy więcej nie wolno ci zrobić
czegoś takiego bez konsultacji ze mną. - Okrążył biurko, chwycił Lucindę za ramiona i
przycisnął do siebie. - Zrozumieliśmy się, moja droga?
Lucinda pomyślała o tym, jaki był zdenerwowany wczorajszego popołudnia, gdy
wdarł się do cieplarni Ellerbecka. Wprost szalał z niepokoju o jej bezpieczeństwo. A Caleb
Jones w tym stanie był człowiekiem niebezpiecznym, trzeba to przyznać. Nie chciała więcej
narażać go na podobne przejścia.
- Tak - odparła łagodnie. - Rozumiemy się. Dyskretne kaszlnięcie, dobiegające od
strony drzwi, kazało im przerwać rozmowę. Zobaczyli Edmunda i Patrycję patrzących na nich
z wystudiowaną obojętnością na twarzach.
- Lepiej, żeby to było coś ważnego - odezwał się Caleb, nie wypuszczając Lucindy z
uścisku.
- Inspektor Spellar przysłał właśnie wiadomość, że Ellerbeck zmarł tej nocy - wyjaśnił
Edmund. - Do końca nie odzyskał przytomności.
- A niech to diabli! - zezłościł się Caleb. - Niczego się już nie dowiemy.
- To ja go zabiłam - wyszeptała Lucinda oszołomiona. - Dałam mu tylko silną dozę
środka nasennego, ale w połączeniu z morderczym działaniem narkotyku to było aż nadto.
Boże, wybacz mi, przecież o tym wiedziałam.
- Nie dręcz się tym - uspokajał ją Caleb, przytulając bardziej do siebie. - I tak by umarł
za dzień czy dwa.
- Owszem, ale nie z mojej ręki.
Caleb rzucił szybkie, znaczące spojrzenie w kierunku Edmunda i Patrycji. W jednej
chwili zniknęli bez słowa, cichutko zamykając za sobą drzwi.
Powoli poprowadził Lucindę do krzesła. Sam zajął miejsce obok. Sięgnął po jej dłoń i
splótł jej palce ze swoimi.
Przez dłuższą chwilę siedzieli tak razem, wpatrując się w ogień.
W końcu Caleb się odezwał:
- Miałaś rację tamtego wieczoru, kiedy powiedziałaś, że w najbliższych latach czekają
nas sytuacje takie jak ta - powiedział. - Kiedy trudno będzie nam się pogodzić z
konsekwencjami naszych działań.
- Tak - przyznała.
- %7łeby móc się z tym uporać, muszę wiedzieć, że zawsze będziesz przy mnie, [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.