[ Pobierz całość w formacie PDF ]
wśród krajowców pogłoski, że biali, brodaci przybysze są synami słońca",'a następnie podaje z własnych
obserwacji, że wśród bagien Wenezueli żyją Pigmeje, karły, dochodzące tylko do czterech lub pięciu piędzi
wzrostu. Wiadomość ta uchodziła przez
długi czas za zwykłe upiększenie opisu. W świetle ostatnich badań wydaje się jednak możliwe, że zbadane przez
mego okolice Ameryki Południowej były dawniej istotnie zamieszkałe przez ludność o kar- lim wzroście.
W roku 1536 Federmann wyruszył w drugą wyprawę badawczą, tym razem uwieńczoną powodzeniem.
Udało mu się nie tylko przejść piekło dżungli, ale po przekroczeniu Aranca i Rio Meta przeszedł na wysokości
4000 metrów przełęcze Kordylierów i dotarł do Bogoty, głównego ośrodka kultury Indian Chibcha. Było to na
wiosnę 1539 roku. W Bogocie Federmann zastał już białych, a mianowicie konkwistadora Ximenesa de
Quesado, który z Kolumbii popłynął rzeką Magdaleną w kierunku południowym i już w 1537 roku przybył do
Bogoty. Równocześnie z Federmarmem zjawia się z południa, od strony Quito, także Hiszpan Sebastian de
Benalcazar, mąż zaufania Pizarra, poszukujący tajemniczej krainy złota, Dorado". Trzej awanturnicy, którzy tak
niespodzianie się zetknęli, dobywają już szpad opanowują się jednak i zawierają porozumienie, w myśl
którego korona hiszpańska ma rozstrzygnąć o granicy między Wenezuelą, Kolumbią a Quito. Wszyscy trzej
wyjeżdżają do Hiszpanii, Federmann przybywa następnie do Niemiec i tam z końcem 1541 roku umiera na
skutek choroby tropikalnej. Nie odnaleziono dotychczas relacji z jego drugiej podróży; wiemy tylko z obcych
zródeł, -że on pierwszy przemierzył wszerz Amerykę Południową i przebył Andy ze wschodu na zachód.
Nie zachowały się bliższe wiadomości o żadnych prawie wędrówkach, podejmowanych w owym czasie
przez innych kapitanów, jak Ehinger, Hohermuth. Tylko ostatnie wyprawy opisał, bardzo co prawda lakonicznie,
Filip von Hutten, wówczas jeszcze zwyczajny oficer, w listach do swych rodziców i krewnych. Dają one wyo-
brażenie o trudach, z jakimi wyprawy te były połączone:
Wróciliśmy do Coro 27 marca 1538 roku. Ludzie od dawna mieli nas za zmarłych, toteż podzielili między
siebie lub sprzedali nasze ubrania i inną naszą własność, którą pozostawiliśmy. Nic też w tym nie ma dziwnego
wszak przez trzy lata nic o nas nie słyszeli. Hohermuth wrócił ze swej podróży z 80 pieszymi i 30 konnymi,
żaden z nich nie był lepiej odziany niż pogańscy Indianie, którzy chodzą zupełnie nago. Spośród czterystu,
którzy wyruszyli, żyło stu dziesięciu. Bóg tylko wie, co ci biedacy podczas trzech lat
wycierpieli. Strach zbiera, gdy wspomnieć, jakie podczas tej wyprawy musieli jeść plugastwo, np. węże, żaby,
jaszczurki, robaki, żmije inp. Niektórzy jedli też wbrew naturze ludzi. Znaleziono jednego, który razem z
różną zieleniną ugotował ćwierć dziecka. Z .powodu tego przeciwnego naturze jedzenia, a także z powodu leże-
nia na deszczu, słońcu i wietrze biedni ci chrześcijanie tak zmarnieli, że było wielką łaską Boga, jeżeli któryś z
nich uszedł z życiem."
Mimo złych doświadczeń, jakie jego towarzysze poczynili w służbie Welserów, Filip von Hutten niedługo
wytrzymał na wybrzeżu. Z synem szefa firmy Welser, młodym Bartłomiejem Welserem, wyruszył niebawem
znowu na wyprawę w głąb lądu, z której ani on, ani jego towarzysz już nie powrócili. Zostali skrytobójczo
zamordowani przez Hiszpanów, patrzących zawistnym okiem na konkurencję Niemców. Ich śmierć
przypieczętowała też los całej akcji. Utrata spadkobiercy firmy była zbyt wielką ofiarą złożoną w imię interesu,
którego wartość przedstawiała się w ogóle dość problematycznie. Do roku 1555 kolonia pozostawała wprawdzie
nominalnie jeszcze pod zwierzchnictwem Welserów, potem jednak przypadła w udziale Hiszpanom.
Lecz i korona hiszpańska nie miała szczęścia w Wenezueli. Udało się jej zawładnąć jedynie przybrzeżnymi
skrawkami dzikiego lądu. Każdego, kto próbował wedrzeć się w dziewicze lasy, zasypywał grad złowrogich
strzał. Tak jest zresztą do dnia dzisiejszego. Wielkie koncerny eksploatujące naftę w Wenezueli zdobyły
wprawdzie część dżungli, kilometr po kilometrze, ale znajdują się w stanie nieustannej i zaciekłej wojny z
właściwymi panami tego obszaru Indianami Motilon. Jeszcze przed kilku laty byli oni ludem nieomal
legendarnym. Nie wiedzieliśmy o nich nic bliższego, kto się z nimi zetknął, tego znajdowano pózniej nieżywego
z sercem przeszytym strzałą.
A rozgrywało się to i rozgrywa zaledwie o dwie godziny drogi samochodem od Maracaibo, drugiego co do
wielkości miasta Wenezueli i właściwego centrum naftowego tego bogatego kraju. Sto dwadzieścia kilometrów
dalej na południo-zachód biały człowiek nie ma tam już absolutnie nic do roboty. A właśnie tam, w sercu kraju
Motilonów, znajdują się, jak twierdzą geologowie, bogate złoża nafty, złota i miedzi. Oczywiście stale
ponawiane są próby dobrania się przemocą, podstępem lub perswazją do skarbów. Motilonów.
Ostatnim, który odważył się tam dotrzeć, był etnolog Preston Holder, wysłany przez amerykański Instytut
Historii Naturalnej. Zaopatrzony w polecenia do Motilonów przez sąsiednie półcywili- zowane szczepy,
wyruszył z bogatymi darami na początku 1953 roku łodzią motorową w górę rzeki do obszaru wojowniczych
Indian. Podróż szła zrazu gładko. Pozwolono mu wyjść na brzeg, mógł też u brzegów rzeki złożyć swe
podarunki noże, tytoń, płótno. Ale gdy rankiem zapuścił motor, by ruszyć w dalszą drogę, spadł na białych
deszcz syczących strzał. Aódz była silnie opancerzona, nawet ilumi- natory były z kuloodpornego szkła. Mister
Holder znał Motilonów. Przez noc wyskubali płótno, otrzymanymi w ten sposób nićmi przymocowali
podarowane noże do strzał i sporządzili bardzo niebezpieczną broń. Ekspedycję amerykańską ostrzeliwano
czasem z większej odległości, aniżeli wynosił zasięg łuku lub kuszy, potwierdzała się więc pogłoska, krążąca
wśród stacji misyjnych na przedpolach Maracaibo, że Motilonowie rozporządzają przenośnymi kata- pultami.
Motilonowie byli chyba Indianami szczególnego pokroju. Nie ma dowodów, aby jakikolwiek inny szczep
indiański od Cieśniny Beringa aż do Ziemi Ognistej używał dalekosiężnych katapult. Tylko wpływy europejskie
mogły przywieść Indian do posługiwania się bronią, która choć nie wynaleziona przez nich odpowiadała
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ebook @ pobieranie @ pdf @ do ÂściÂągnięcia @ download
Wątki
- Home
- Camp L. Sprague de & Carter Lin Conan Tom 25 Conan Bukanier
- GR888. Child Maureen Królowie Kaliforni 02 Niepokorna żona (Harlequin Goršcy Romans (tom 888)
- Cole Allan & Bunch Christopher Sten Tom 6 PowrĂłt Imperatora
- Spółka akcyjna. Tom 3 Biblioteki Prawa Spółek
- Clancy Tom Zwiadowcy 03 Walka koĹowa
- Maxwell L.Gina Ucieczka do MiloĹci Tom 2
- Sandemo_Margit_ _Saga_o_Czarnoksiezniku_Tom_2
- Benzoni Juliette Katarzyna tom 6
- Armentrout Jennifer L. Onyx . Tom 2
- Jennifer L. Armentrout Onyx tom 2
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- missremindme.htw.pl
Cytat
Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
Dies diem doces - dzień uczy dzień.