[ Pobierz całość w formacie PDF ]
panie Bernhard.
- No to musimy się mieć na baczności - szepnęłam, gdy zamknęła drzwi swojego pokoju i korytarz
znów spowiły ciemności. - Bo ona wie, co to Tadż Mahal.
- Też niezle - skomentował z uznaniem Xemerius. Mocno przycisnęłam do siebie zawiniątko w
szlafroku.
- I coś podejrzewa. A może nawet wie, co znalezliśmy. Na pewno nakabluje na nas Strażnikom, a
jeśli oni usłyszą, że mamy...
- Sądzę, że istnieją bezpieczniejsze miejsca i pory, żeby to przedyskutować - niezwykle ostro
przerwał mi pan Bernhard.
Podniósł z podłogi latarkę Nicka, zaświecił ją i przesunął stożek światła po drzwiach pokoju
Charlotty w górę, aż do półokrągłego świetlika. Był uchylony.
Skinęłam głową na znak, że zrozumiałam: Charlotta słyszała każde słowo.
- Tak, ma pan rację. Dobranoc, panie Bernhard.
- Dobrej nocy, panno Gwendolyn.
Następnego ranka mama nie potrzebowała dzwigu, żeby mnie obudzić. Jej taktyka była bardziej
perfidna. Użyła tego obrzydliwego plastikowego Zwiętego Mikołaja, którego Caroline dostała w
zeszłym roku przed Bożym Narodzeniem i który, jak się go nakręci, ohydnie skrzeczącym głosem
wyrzuca z siebie bez przerwy: Hohoho, Merry Christmas everyone".
Na początku próbowałam jeszcze uciec przed tym hałasem, nakrywając się kołdrą. Ale po
szesnastym hohoho" poddałam się i odrzuciłam kołdrę na bok. Natychmiast jednak tego
pożałowałam, bo przypomniało mi się, co mnie dzisiaj czeka. Bal!
Jeśli nie zdarzy się cud i nie znajdę okazji, żeby dziś przed południem przeskoczyć do dziadka do
roku 1993, będę musiała bez informacji od niego stanąć oko w oko z hrabią.
Przygryzłam wargę. Powinnam była w nocy jeszcze raz przenieść się w czasie. Tyle że wtedy
Charlotta odkryłaby pewnie moje zamiary, więc może lepiej, że tego nie zrobiłam.
Wstałam z łóżka i powlokłam się do łazienki. Spałam tylko trzy godziny. Po nocnych występach
Charlotty wlazłam, jak radził Xemerius, do tej szafy. Wypchnęłam jej tylną ścianę i rozprułam
brzuch krokodyla, żeby ukryć tam chronograf.
Potem, wykończona, zapadłam w sen, który miał przynajmniej tę zaletę, że nic złego mi się nie
śniło. Szczerze mówiąc, nic mi się nie śniło - w odróżnieniu od cioci Maddy. Kiedy -spózniona, bo
przez całe wieki szukałam korektora mamy, żeby zatuszować sobie cienie pod oczami - szłam na
pierwsze piętro na śniadanie, przechwyciła mnie w korytarzu i wciągnęła do
swojego pokoju.
- Coś nie tak? - spytałam, wiedząc już, że mogłam sobie darować to pytanie.
Skoro ciocia Maddy o wpół do ósmej była na nogach, to na pewno coś musiało być bardzo nie tak.
Była rozczochrana, a jeden z dwóch wałków, które odgarniały jej blond włosy z twarzy, odkręcił się
i zwisał teraz nad uchem.
- Och, Gwendolyn, moje dziecko, można tak powiedzieć. -Ciocia Maddy opadła na niezasłane
łóżko i z dramatycznie zmarszczonym czołem spojrzała na kwiatowy wzór tapety w kolorze
lawendy. - Miałam wizję.
O, nie, tylko nie to.
- Niech zgadnę: ktoś rozgniótł serce z rubinu obcasem buta - wypaliłam. - A może był tam także
kruk, który wleciał w witrynę pełną... eee... zegarów?
Ciocia Maddy pokręciła głową, aż jej loki się rozsypały i teraz także drugi wałek niebezpiecznie się
przechylił.
- Nie, Gwendolyn, nie powinnaś sobie stroić żartów. Te wizje! Czasem może nie wiem, co
oznaczają, ale po fakcie zawsze
okazują się ważne. - Chwyciła mnie za rękę i przyciągnęła do siebie. - Tym razem to było takie
jednoznaczne. Widziałam cię w niebieskiej sukni z szeroko rozłożoną spódnicą, wszędzie dokoła
paliły się świece i ktoś grał na skrzypcach.
Nie potrafiłam zapobiec pojawieniu się gęsiej skórki. Nie dość, że i tak miałam nie najlepsze
przeczucia w związku z tym balem, to jeszcze ciocia Maddy musiała mieć wizję. Nie opowiadałam
jej ani o balu, ani o kolorze sukni balowej.
Ciocia Maddy z zadowoleniem spostrzegła, że wreszcie udało jej się skupić na sobie całą moją
uwagę.
- Na początku wszystko wyglądało bardzo spokojnie, wszyscy tańczyli, ty też, ale potem
zauważyłam, że w sali balowej nie było sufitu. Na niebie nad tobą zaczęły się zbierać straszliwe
czarne chmury, z których wyfrunął ogromny ptak, gotów się na ciebie rzucić - mówiła dalej coraz
bardziej przejęta. - A kiedy chciałaś uciec, wpadłaś wprost... ach, to było okropne. Wszędzie krew,
wszystko było czerwone od krwi, nawet niebo zabarwiło się na czerwono, i krople deszczu też nie
były niczym innym jak krwią...
- Ehm, ciociu Maddy? Załamała ręce.
- Tak, wiem, moja kochana, to jest potwornie przerażające, ale mam nadzieję, że nie znaczy tego, co
zdaje się temu najbliższe.
- Chyba coś pominęłaś - przerwałam jej ponownie. - Na co ja... to znaczy na co wpadła ta
Gwendolyn z twojego snu?
- Nie snu! To była wizja! - Ciocia Maddy otworzyła oczy jeszcze szerzej, o ile to w ogóle było
możliwe. - Na miecz. Wbiegłaś prosto na niego!
- Na miecz? A skąd się tam wziął?
- On... on po prostu wisiał w powietrzu, tak mi się wydaje - odrzekła ciocia Maddy i zamachała mi
dłonią tuż przed nosem. - Ale nie o to chodzi - ciągnęła lekko zirytowana - tylko o tę masę krwi!
- Hm. - Usiadłam obok niej na brzegu łóżka. - A co właściwie mam teraz począć z tymi
informacjami?
Ciocia Maddy rozejrzała się, wyłowiła z nocnego stolika puszkę z cukierkami cytrynowymi i
wetknęła sobie jeden do ust.
- Moja droga, przecież ja tego nie wiem. Pomyślałam tylko, że może ci to pomoże... jako
ostrzeżenie.
- Tak. Spróbuję nie wpadać na miecze wiszące w powietrzu, obiecuję ci to. - Ucałowałam ciocię
Maddy i wstałam. - A ty może powinnaś się trochę przespać, przecież to nie jest jeszcze twoja pora.
- Tak, chyba powinnam. - Położyła się i przykryła kołdrą. -Ale proszę, nie lekceważ tego -
powiedziała. - Uważaj na siebie.
- Będę uważać. - W drzwiach obróciłam się jeszcze. - A... -odchrząknęłam - ...czy w twojej wizji
przypadkiem nie było lwa? Albo diamentu? Albo może... słońca?
- Nie - odparła ciocia Maddy, już z zamkniętymi oczami.
- Tak myślałam - mruknęłam i cicho zamknęłam za sobą drzwi.
Kiedy dotarłam na śniadanie, od razu zauważyłam, że brakuje Charlotty.
- Biedne dziecko jest chore - powiedziała ciotka Glenda. -Niewielka gorączka i straszny ból głowy,
przypuszczam, że to
ta grypa, która obecnie szaleje. Czy możesz usprawiedliwić swoją kuzynkę w szkole, Gwendolyn?
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ebook @ pobieranie @ pdf @ do ÂściÂągnięcia @ download
Wątki
- Home
- Kaczorowska Zofia Ewa wzywa 07... 127 Szmaragd dla Agaty
- Boge Anne Lise Grzech pierworodny 16 ChśÂód
- 362. Harris Lynn Raye Historia Antonelli
- Groza
- H.G.Wells The Time Machine
- Diana Palmer Men of the Hour 03 Secret Agent Man
- Cykl Pan Samochodzik (19) ZśÂoto Inków (2) Jerzy Szumski
- Gordon Barbara Nieuchwytny
- Aldiss, Brian W. Galaxias Como Granos de Arena
- Dickson Helen Powrot do Belhaven
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- speedballing.xlx.pl
Cytat
Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
Dies diem doces - dzień uczy dzień.