Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

a potem tu wrócę.
- Dobrze.
Już nie mógł się skupić na pracy w zainspirowanym
laboratorium, przeszkadzała mu narastająca trwoga.
Dziwna historia: najpierw sygnał wpadki, a potem
niespodziewanie wezwanie.
Nie należało posyłać Igły. Błąd.
- Wychodzę - powiedział do Sniegira, wstając. - Jest sprawa.
Jemiela niech przejmie dowództwo. Mieszaniny nie dotykać.
- Mogę z tobą? - poderwał się Sniegir. - Jemiela zaczytuje się,
oni rżną w karty, a co ja mam robić? Puszki wszystkie
przygotowałem. Nudno.
Grin pomyślał i zdecydował: a niech idzie. Jeżeli coś się stanie,
przynajmniej uprzedzi towarzyszy.
- Skoro chcesz...
*
Z ulicy wszystko wyglądało normalnie.
Najpierw przejechali dorożką koło domu, wpatrując się w okna.
Nic podejrzanego. Jedna stora odsunięta. Potem rozdzielili się i
przeszli wzdłuż Ostożenki piechotą. Nie było żadnych znudzonych
stróży ani handlarzy o świdrujących spojrzeniach, ani powolnych
przechodniów.
Domu najwyrazniej nie obserwowano. Trochę uspokojony, Grin
wysłał Sniegira do fryzjerni, usytuowanej akurat naprzeciw wejścia do
domu Aronzona, żeby zgolił puszek na policzkach. Polecił mu usiąść
przy witrynie i obserwować okno sygnałowe. Jeśli podniesie się druga
zasłona, ma przyjść na górę. Jeśli przez dziesięć minut nic się ze
storami nie będzie działo, to znaczy, że w mieszkaniu jest zasadzka.
Wtedy ma natychmiast uciekać.
Na drzwiach była miedziana tabliczka:
Zatrzymał się i podsłuchiwał.
Stał długo, ponieważ z mieszkania dochodziły dziwaczne
dzwięki - jakby cichy skowyt zamkniętego psa.
Raz dosłyszał bardzo krótki i przenikliwy okrzyk, którego nie
sposób było zrozumieć: jakby ktoś chciał wrzasnąć co sił w piersiach,
ale się zadławił.
Bez poważnego powodu nikt nie będzie dławił swojego krzyku,
a psa Aronzon nie miał, dlatego Grin wyciągnął rewolwer i zadzwonił
do drzwi.
Zlustrował wzrokiem klatkę schodową: ściany grube, solidne.
Strzelać na schodach nie warto - wszyscy usłyszą; co innego, jeśli
strzał padnie w mieszkaniu.
Szybkie kroki w korytarzu. Dwóch mężczyzn.
Zadzwięczał łańcuszek, skrzydło drzwi się uchyliło i Grin z
rozmachem uderzył rękojeścią rewolweru prosto między błyszczące
oczy.
Pchnął z całych sił drzwi, przeskoczył przez tego, który upadł
(zobaczył tylko, że miał białą koszulę z zakasanymi rękawami),
spostrzegł jeszcze jednego, który osłupiał z zaskoczenia. Chwycił go
za gardło, żeby nie krzyczał, i mocno uderzył jego głową o ścianę.
Przytrzymał zwiotczałe ciało, gdy osuwało się na podłogę. Znajoma
twarz, gdzieś już widział te podkręcone rude wąsiki, tę kamlotową
marynarkę.
- Co tam? - rozległ się głos z głębi mieszkania. - Macie?
Dawajcie tutaj!
- Tak jest! - warknął Grin i pobiegł korytarzem w kierunku, z
którego dochodził głos, prosto i w prawo, do bawialni.
Trzeciego, o różowej twarzy, białowłosego, poznał od razu i
wtedy przypomniał sobie i dwóch pierwszych. Sztabsrotmistrz von
Seidlitz, dowódca obstawy generała Chrapowa, i dwóch jego ludzi.
Widział ich w Klinie, w wagonie.
W pokoju było wiele rzeczy, którym należało się przyjrzeć, ale
teraz brakowało na to czasu, ponieważ żandarm (nie w mundurze, jak
uprzednio, lecz w trójczęściowym garniturze piaskowego koloru),
zobaczywszy nieznajomego z rewolwerem w ręku, natychmiast
wsunął rękę pod marynarkę. Grin strzelił raz, celując w głowę, żeby
mieć pewność, ale nie trafił dokładnie. Von Seidlitz chwycił się za
rozerwane kulą gardło, zabulgotał i siadł na podłodze. Jego wiecznie
zaróżowione oczy albinosa z nienawiścią patrzyły na Grina. Poznał.
Grin nie chciał powtórnie strzelać. Po co niepotrzebnie
ryzykować? Podszedł do rannego i dobił go uderzeniem kolby
rewolweru w skroń. Dopiero teraz mógł rozejrzeć się po
pomieszczeniu. Igła była przywiązana do fotela. Sukienkę na piersi
miała rozerwaną, można było dostrzec białą skórę i zacienione
wgłębienie. W ustach knebel, usta rozbite, pod okiem siniejący
krwiak. Z docentem chyba było już całkiem kiepsko. Siedział przy
stole, wsparłszy głowę na ręce, rytmicznie się kołysał i cichutko,
nieprzerwanie wył.
- Zaraz - powiedział Grin i pobiegł z powrotem do korytarza.
Ogłuszeni agenci mogli w każdej chwili powrócić do zmysłów.
Najpierw dobił tego, który nieruchomo leżał na wznak. Potem
wziął się za tego, który leżąc przy ścianie, bezmyślnie mrugał oczami.
Zamach, chrzęst kości. Koniec.
Znowu biegiem z powrotem. Odsunął kotary, żeby podać sygnał
Sniegirowi i rozjaśnić bawialnię.
Aronzona nie ruszał - jasne, że żadnej pomocy od niego nie
uzyska.
Rozwiązał Igłę, wyjął jej knebel z ust. Ostrożnie przetarł
chusteczką ociekające krwią wargi. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.