Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Czy ktoś mógł celowo zatruć jedzenie?
- Któż, na Boga, chciałby zrobić coś takiego?
- Niech pan odpowie na pytanie - rzucił Branson.
- Każdy lekarz specjalizujący się w tej dziedzinie, każdy naukowiec czy nawet w miarę
doświadczony laborant potrafiłby wyhodować odpowiednie toksyny.
- Musiałby jednak być lekarzem albo mieć jakiś związek z medycyną? Znaczy, że
wymagałoby to fachowej wiedzy i sprzętu laboratoryjnego?
- Zazwyczaj tak.
Branson zwrócił się do chłopaka z samochodu dostawczego.
- Wyjdz no zza tej lady, Tony. Tony zrobił, co mu kazano. Najwyrazniej trząsł się ze
strachu.
- Wcale nie ma upału, Tony - stwierdził Branson. - Prawdę mówiąc, robi się dość chłodno.
Dlaczego się pocisz?
- Nie lubię przemocy i stosowania broni.
- Na razie nikt nie potraktował cię brutalnie ani nawet nie mierzył do ciebie z pistoletu. Ale i
jedno, i drugie może ci się przydarzyć w niedalekiej przyszłości. Myślę, Tony, że masz nieczyste
sumienie.
- Ja? Sumienie? - Tony otarł pot z czoła. Może i nie miał nic na sumieniu, coś go jednak z
pewnością dręczyło. - Na Boga, panie Branson...
- Nawet w bajkach nie zdarza się naraz tuzin przypadkowych zbiegów okoliczności. Tylko
głupiec mógłby w to uwierzyć. Musiał istnieć sposób rozpoznania zatrutych porcji. Jaki sposób,
Tony?
- Niech pan mu da spokój, Branson. - Głos wiceprezydenta Richardsa brzmiał szorstko i
pogardliwie. - To przecież tylko kierowca furgonetki.
Branson zlekceważył go.
- Jak można było rozpoznać tacki?
- Nie wiem! Naprawdę! Nie wiem nawet, o czym pan mówi!
Branson zwrócił się do Kowalskiego i Petersa.
- Zrzućcie go z mostu. - Powiedział to takim tonem, jakby prowadził najzwyklejszą
rozmowę.
Tony zaryczał jak zwierzę, ale nie opierał się, gdy Kowalski i Peters chwycili go pod ręce i
zaczęli prowadzić. Był blady, a strugi potu spływały mu po twarzy. Kiedy wreszcie przemówił, jego
pełen niedowierzania głos brzmiał jak nieznośne krakanie.
- Zrzucić mnie z mostu to morderstwo! Morderstwo! Na Boga, nie wiem...
- Zaraz pewnie mi powiesz, że masz żonę i troje dzieci.
- Nie mam nikogo. - Postawił oczy w słup.
Nogi ugięły się pod nim. Ludzie Bransona musieli ciągnąć go przez jezdnię. Wiceprezydent
i Hendrix chcieli zagrodzić drogę całej trójce. Zatrzymali się, gdy Van Effen podniósł lufę swojego
schmeissera. Van Effen odezwał się do Bransona:
- Ktoś, kto potrafiłby te porcje rozpoznać, byłby w posiadaniu ważnej i niebezpiecznej
informacji. Czy powierzyłby pan coś takiego Tony'emu?
- Ani na chwilę. Ma już dość?
- Powie wszystko, co wie. Podejrzewam, że nie będzie tego wiele. - Podniósł głos. - Dajcie
go tutaj. Przyprowadzono Tony'ego i puszczono wolno. Osunął się ciężko na jezdnię, z trudem
stanął na nogi i dygocąc oparł się o swoją furgonetkę. Głos drżał mu tak samo jak całe ciało.
- Nie wiem nic na temat tych tacek! Przysięgam!
- Powiedz, co wiesz.
- Czułem, że coś jest nie tak, kiedy mi je ładowali do samochodu.
- W szpitalu?
- Jak to w szpitalu? Ja tam nie pracuję. Pracuję u Selznicka.
- Znam tę firmę. Obsługują imprezy na wolnym powietrzu. No i co?
- Kiedy przyjechałem, powiedzieli mi, że porcje są gotowe. Zwykle załadowuję samochód i
odjeżdżam w ciągu pięciu minut. Tym razem trwało to trzy kwadranse.
- Czy czekając u Selznicka widziałeś kogoś ze szpitala?
- Nikogo.
- Jeszcze trochę pożyjesz, Tony. O ile nie ruszysz tego swojego cholernego żarcia. - Zwrócił
się do O Hare.
- A więc zostaje tylko pan i delikatna panna Wednesday.
- Sugeruje pan, że któreś z nas przywiozło tajne instrukcje od domniemanych trucicieli? - W
głosie O Hare było więcej pogardy niż niedowierzania.
- Owszem. Poprośmy tu pannę
Wednesday.
- Niech pan da jej spokój - powiedział O Hare.
- Co pan powiedział? Kto tu wydaje polecenia?
- Ja, gdy chodzi o moich pacjentów. Musiałby ją pan tu przynieść. Zpi w sanitarce. Dostała
silne środki uspokajające. Nie wierzy mi pan na słowo?
- Nie. Kowalski, idz sprawdzić. Wiesz jak. Dwa palce pod żołądek.
Kowalski wrócił w ciągu dziesięciu sekund.
- Zpi jak zabita.
Branson spojrzał na O Hare.
- Jakież to wygodne. Może chciał pan jej zaoszczędzić przesłuchania?
- Nędzny z pana psycholog, Branson. Jak pan wie, panna Wednesday nie jest stworzona do
bohaterskich czynów. Czy ktokolwiek powierzyłby jej jakieś ważne informacje? - Branson nie
odpowiedział. - Poza tym mówią, że nigdy nie krzywdzi pan kobiet. To ponoć jedyna pańska zaleta.
- Skąd te informacje?
- Od Hendrixa, szefa policji. Wygląda na to, że sporo o panu wie.
- Potwierdza pan to, Hendrix?
- A czemu nie? - odparł Hendrix lakonicznie.
- Zostaje więc tylko pan, doktorze - stwierdził Branson.
- Jako główny podejrzany? Traci pan wyczucie sytuacji. - Wskazał głową na nosze z
przykrytym ciałem Hansena. - Nie chcę uchodzić za świętoszka, ale jako lekarz zajmuję się
ratowaniem życia, a nie odbieraniem go. Nie zależy mi, żeby stracić miejsce w spisie lekarzy. Poza
tym od przyjazdu furgonetki z żywnością nie opuszczałem sanitarki. Nie mogłem równocześnie być
w sanitarce i zajmować się identyfikacją tych cholernych tacek.
- Zgadza się, Kowalski? - spytał Branson.
- Mogę za to ręczyć, panie Branson.
- Po swoim powrocie i przed przyjazdem furgonetki rozmawiał pan jednak z ludzmi.
- Rzeczywiście - powiedział Kowalski. - Z wieloma osobami. Panna Wednesday także.
- O niej zapomnijmy. Chodzi o naszego poczciwego doktorka.
- Rozmawiał z wieloma osobami. - Z kimś w szczególności? Chodzi mi o długie, szczere
pogawędki, coś w tym stylu. - Owszem. - Kowalski był wyjątkowo spostrzegawczy albo miał
niepokojąco dobrą pamięć. A może jedno i drugie. - Były trzy takie rozmowy. Dwie z panną
Wednesday...
- Zapomnij o tej damie. Miała dość czasu, żeby rozmawiać z nim w karetce w drodze do
szpitala i z powrotem. Z kim jeszcze?
- Z Revsonem. To była długa rozmowa.
- Słyszałeś coś?
- Nie. Byli prawie trzydzieści metrów ode mnie i z wiatrem.
- Coś sobie podawali? [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.