Dawno mówią: gdzie Bóg, tam zgoda. Orzechowski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

samochodów. Nie był to pałac, raczej tania noclegownia z twardymi materacami
i zepsutą klimatyzacją.
- Kiedy tam wejdziemy? - zapytał Adrian.
- Masz się nie odzywać - ostrzegł go Ben. - Ja z nią wszystko załatwię.
Rozumiesz?
- Nie powiem ani słowa - przytaknął Adrian.
113
R S
Ben ma rację. Jego emocjonalna reakcja mogłaby zaszkodzić Seanowi.
Wysiedli z samochodu i przeszli przez ulicę. Paul wszedł na schody
pierwszy, za nim Ben i wreszcie Adrian. Zatrzymali się przed pokojem 211.
Paul mocno zapukał w metalowe drzwi.
Nie było żadnej odpowiedzi, toteż zapukał znowu, tym razem mocniej.
Nikt nie odpowiadał, więc Paul wyjął telefon i wybrał numer. Słuchał przez
chwilę, po czym się rozłączył.
- Wyjechała - oznajmił. - Recepcjonista mówi, że sprzątaczka zastała
pusty pokój. Musiała się wymknąć bez płacenia rachunku.
Adrian nie pytał, jakim cudem. Nie miało to znaczenia. Znał ją
wystarczająco dobrze. Była na tyle sprytna, by poradzić sobie w takiej sytuacji.
Caprice za bardzo się nie spieszyła. A prognoza pogody nie zachęcała
wcale do lotu. Przewidywano nocne burze. Może niezbyt gwałtowne, ale to
wystarczyło, by zrezygnowała z podróży. Wysiadała z taksówki przed domem,
do którego adres dał jej Adrian.
- Proszę. - Podała taksówkarzowi należność. - Reszty nie trzeba. Mógłby
pan poczekać chwilę, zanim zdecyduję, czy będę wracać?
Mężczyzna przeliczył banknoty i skinął głową. Caprice przeszła przez
podjazd i zapukała do ciężkich drewnianych drzwi. Po chwili otworzył je nie-
znajomy mężczyzna.
- W czym mogę pani pomóc? - zapytał obojętnie.
- Czy tu mieszka Adrian McCallan?
- Tak. Mogę wiedzieć, kto przyszedł?
- Caprice Bona...
- Doktor Bonaventura. - Jego głos nieco się ożywił. Wyciągnął do niej
rękę. - Miło mi panią poznać. Jestem Ben Rafferty, prawnik Adriana.
Zciskając jego dłoń, poczuła, że coś jest nie w porządku. Spodziewała się
radosnego nastroju.
- Stało się coś złego? - zapytała.
114
R S
- Nie odzyskaliśmy Seana. Wyjechali, zanim dotarliśmy do hotelu.
- Jak się czuje Adrian?
- Kiepsko.
- Mogę go zobaczyć?
Ben skinął głową i wpuścił ją do środka.
- Bardzo się tym przejął. Praktycznie nie odzywa się od paru godzin.
Chodzi nerwowo po pokoju. - Pokazał jej zamknięte drzwi do gabinetu. - Nie
chce nikogo widzieć, ale z panią na pewno się zobaczy.
- Spróbuję z nim porozmawiać. - Nie wiedziała jednak, co miałaby mu
powiedzieć. W takich chwilach żadne słowa nie mogą być pomocne.
- No to ja już pójdę. Nie jesteśmy tu oboje potrzebni. Lepiej naradzę się z
detektywem.
- Czy Sean... - Nie wiedziała, jak to wyrazić. - Nie stała mu się żadna
krzywda, prawda?
- Nie, Sylvie by się do tego nie posunęła. - Podszedł do drzwi. -
Zadzwonię pózniej.
- Proszę powiedzieć taksówkarzowi, żeby nie czekał.
Ben skinął głową i zamknął za sobą drzwi.
Caprice stała niepewnie na środku pokoju. Przyjechała tu mimo wahań,
nie chciała zakłócać spotkania Adriana z Seanem. Tymczasem wszystko
potoczyło się zupełnie inaczej. Wyobraziła sobie, jak sama czułaby się w
podobnej sytuacji.
Podeszła pod drzwi gabinetu i znów się zatrzymała. Może Adrian woli
przejść przez to sam? Gdyby to ją spotkało, tęskniłaby za Adrianem, pragnęłaby
jego obecności. Tego akurat była pewna. Dlatego przestała się wahać i zapukała.
- Ben? - Dobiegł ją zduszony głos.
- Nie, to ja, Caprice.
Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.
- Ben powiedział mi, co się stało. Adrian, tak mi przykro.
115
R S
- Co ty tutaj robisz? - spytał udręczonym głosem.
- Z powodu burz loty odwołano. Mogę polecieć dopiero rano. Dałeś mi
swój adres, więc... Ale jeżeli chcesz, to pójdę...
Adrian potrząsnął głową.
- Nie. - Cofnął się w głąb pokoju i stanął do niej tyłem. - Kiedy weszliśmy
do hotelu, już ich nie było. - Usiadł w skórzanym fotelu.
- Mogę coś dla ciebie zrobić? - spytała.
- Cieszę się, że jesteś. - Próbował się uśmiechnąć. - Ale jedyne, co można
zrobić, to czekać.
- W takim razie poczekam z tobą.
- Dziękuję ci, ale masz przecież inne obowiązki. To nie jest twój problem.
Chciał się od niej odsunąć, ale wiedziała już, że mu na to nie pozwoli.
Grant Makela przejął w Dulce jej obowiązki, Isabella jest pod opieką Josefiny.
Czuła wyraznie, że jej miejsce jest przy Adrianie.
- To także mój problem - powiedziała, wolno do niego podchodząc. Obok
stał drugi fotel, ale usiadła Adrianowi na kolanach i objęła go za szyję. - Chcę
zostać z tobą, o ile się zgodzisz.
- Zostań - szepnął i przyciągnął ją do siebie.
Caprice oparła mu głowę na piersi i wsłuchiwała się w bicie serca.
Zsunęła buty, podkuliła nogi i wtuliła się w niego miękko. Oddychali teraz
jednym rytmem, jakby byli jedną osobą.
Zaczął gładzić ją po włosach i po policzku, a ten gest przeszył ją
dreszczem. Niemal wstrzymała oddech. Pragnęła go jak żadnego innego
mężczyzny. Uniosła nieco głowę, a on natychmiast odnalazł jej usta.
Tym razem w ich pocałunkach nie było dawnej delikatności, lecz czysta
namiętność i pożądanie.
- Jesteś pewna? - szepnął, ale już niecierpliwymi palcami rozpinał jej
bluzkę.
- Tak. - Jej głos był nabrzmiały podnieceniem.
116
R S
To jedno słowo wystarczyło, by Adrian zdjął z niej bluzkę i stanik.
- Nawet nie wiesz, jak na to czekałem. - Niemal jęknął, dotykając jej
piersi wargami.
Takiego pożądania nie doświadczyła nigdy w swoim życiu. Podniosła się
i powoli zsunęła z siebie resztę garderoby.
- Jeżeli chcesz więcej, to też musisz być nagi.
Zdjęła z niego T-shirt i spodnie. Nawet w słabym świetle małej lampki
widziała doskonale jego cudowne ciało. Półleżał na fotelu i czekał na nią. Przez
chwilę pozwoliła mu na siebie patrzeć, a potem usiadła na nim.
- To już jest bardzo osobiste - szepnęła i zaczęła się poruszać.
- Od początku wiedziałem, że tak będzie.
- Która to godzina? - mruknął, spoglądając na zegarek.
W pierwszej chwili zdziwił się, widząc Caprice obok siebie, ale zaraz
wszystko sobie przypomniał.
Kochali się, potem brali razem prysznic, potem znów się kochali.
Wreszcie zasnęli obok siebie. Była druga nad ranem. Spali zaledwie godzinę?
Telefon zadzwonił znowu.
- Adrian McCallan. - Wsłuchiwał się przez chwilę, nie bardzo rozumiejąc,
o co chodzi. - Kto mówi? - Słuchając rozmówcy po drugiej stronie linii, oprzy-
tomniał natychmiast. Powtórzył adres. - Będę tam za piętnaście minut. Nie
pozwólcie jej uciec!
Zaczął się w pośpiechu ubierać.
- Zameldowała się w innym hotelu. Recepcjonista miał ich rysopisy i
zawiadomił Paula. - Wciągnął na siebie dżinsy i spojrzał na Caprice. - Jedz tam
ze mną.
- Jesteś tego pewien?
- Jak niczego innego na świecie.
Paul siedział za kierownicą zaparkowanego samochodu i przez lornetkę
obserwował hotel.
117
R S [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jungheinrich.pev.pl
  • Wątki

    Cytat


    Ibi patria, ibi bene. - tam (jest) ojczyzna, gdzie (jest) dobrze
    Dla cierpiącego fizycznie potrzebny jest lekarz, dla cierpiącego psychicznie - przyjaciel. Menander
    Jak gore, to już nie trza dmuchać. Prymus
    De nihilo nihil fit - z niczego nic nie powstaje.
    Dies diem doces - dzień uczy dzień.